Topór kontra Kraków. Sprawa zabójstwa Andrzeja Tęczyńskiego

Krakowianie i przyjezdni, wspinający się na wzgórze wawelskie od strony ul. Bernardyńskiej, widzą po prawej stronie zrekonstruowany fragment zamkowego muru obronnego i niepozorne resztki trzech średniowiecznych baszt, ścięte jakby w połowie ich pierwotnych wysokości. Pierwsza z nich, niemal przylegająca do budynku tzw. Kuchni Królewskich, to baszta niegdyś zwana Tyniecką, a później Tęczyńską, niemy świadek smutnego finału wydarzeń krakowskiego „tumultu” sprzed pięciu i pół stuleci, związanego z zabójstwem magnata Andrzeja Tęczyńskiego.

Obraz Jana Matejki Zabójstwo Tęczyńskiego. Wikimedia Commons, domena publiczna

Perła w koronie

Miasto Kraków, tworzące w późnym średniowieczu wraz z dwoma przyległymi ośrodkami – Kazimierzem i Kleparzem – wielkomiejską jak na warunki średniowiecza metropolię, słusznie mogło uważać się za najpiękniejszą perłę w koronie monarchii Jagiellonów. Korzystało też z przychylności i wsparcia polskich monarchów, w przeszłości hojnie obdarzających miasto przywilejami. Wówczas, w drugiej połowie XV wieku dawno już odeszły w niepamięć spory i walki o władzę z czasów buntu wójta Alberta. Dumne ze swojego stołecznego statusu, prężnie rozwijającego się uniwersytetu, a także korzystając z bogactwa swojego kupiectwa, Kraków nie mógł jednak z pełną ufnością spoglądać w przyszłość. Potęga gospodarcza i wyjątkowy status miasta stołecznego polskich królów, opromienionego sławą swojego uniwersytetu, nie szły w parze z polityką szlachty, dążącej do zapewnienia sobie w państwie dominującej pozycji.

Lata 60. XV wieku to jednak czas, kiedy Jagiellonowie jak nigdy wcześniej potrzebowali poparcia także mieszczaństwa. Przedłużający się konflikt z zakonem krzyżackim, nazwany później wojną trzynastoletnią, nadwyrężał zasoby królewskie. Znaczny ciężar wydatków wojennych ponosiła co prawda szlachta, każąc je sobie królowi rekompensować dodatkowymi przywilejami, jednak i stan mieszczański miał swój widoczny udział w tych kosztach, spoczywających głównie na barkach zbuntowanych przeciwko władzy krzyżackiej miast pruskich – zwłaszcza Gdańska i Torunia. Zmuszało to niekiedy otoczenie królewskie do większej otwartości na potrzeby mieszczaństwa, jednak walcząca o swoje przywileje szlachta i tak z niechęcią spoglądała na dobrobyt miast, atakowała ich przywileje i coraz bardziej ograniczała prawa stanu mieszczańskiego, który w przeciwieństwie do takich krajów jak Niderlandy czy północne Włochy, nie miał w Polsce wystarczających sił, by się temu skutecznie przeciwstawić.

Na tym tle doszło w 1461 roku do pamiętnej próby sił między szlachtą a mieszczaństwem, a napięcia między oboma stanami spowodowały, że banalny spór między klientem a wykonawcą przerodził się w wielki bunt miejskiego plebsu przeciwko panoszeniu się szlachty.

Rękopis Pieśni o zabiciu Andrzeja Tęczyńskiego przechowywany w Bibliotece Narodowej. Wikimedia Commons, domena publiczna.

Kłótnia z płatnerzem Klemensem

Wszystko zaczęło się dość niewinnie. Starosta rabsztyński i chełmski Andrzej Tęczyński herbu Topór był umówiony w czwartek 16 lipca 1461 roku na odbiór swojego rycerskiego rynsztunku, oddanego wcześniej do naprawy. W walkach na północy słychać też było o wyczynach starosty Andrzeja, rodzonego brata kasztelana krakowskiego Jana Tęczyńskiego. To on doprowadził kilka lat wcześniej do wykupu zamku w Malborku z rąk zaciężnych, co oznaczało trwałe opanowanie krzyżackiej stolicy. Dumny pan potrzebował teraz swojej zbroi w pełni gotowej, by dołączyć na czele własnej chorągwi do walczących w Prusach wojsk królewskich.

Niecierpliwy starosta stawił się zatem tego dnia w domu płatnerza, gdzie spotkała go niemiła niespodzianka. Czy Klemens spartaczył swoją robotę, czy też nie wykonał jej na czas, tego nie wiadomo, przekazy na ten temat są bowiem sprzeczne. Dość powiedzieć, że zamiast umówionych 2 złotych, starosta rzucił podobno płatnerzowi 18 groszy, co stanowiło niewiele ponad czwartą część zapłaty (w tych czasach 1 zł = 30 gr). Na opryskliwą zapewne odmowę rzemieślnika przyjęcia zaniżonej należności dumny pan zareagował impulsywnie, wymierzając bezczelnemu „chamowi” siarczysty policzek.

Co się stało później, nie do końca wiadomo. Według Jana Długosza, relacjonującego całe zajście z perspektywy kilkunastu lat, Klemens udał się zaraz po tym do ratusza, aby złożyć skargę na magnata, który śmiał go obrazić. Takie zachowanie pasowało zresztą do antymieszczańskiej retoryki emanującej z dzieła kanonika krakowskiego. Jednak bardziej wiarygodne w tym zakresie zapiski z krakowskich ksiąg miejskich przekazały inny początek lawiny wypadków: to właśnie Andrzej Tęczyński pospieszył do ratusza, by przed radą miejską zażądać kary dla niesumiennego rzemieślnika. Na prowadzonego już przez strażnika do ratusza Klemensa starosta natknął się przed domem rajcy Mikołaja Krejdlara. Miejskie zapiski relacjonują też dalszy przebieg zdarzenia:

Gdy ujrzawszy pana Andrzeja płatnerz ów zawołał: „O panie, pobiłeś mnie i spoliczkowałeś w domu moim szpetnie, ale mnie już więcej nie uderzysz” – pan Andrzej roznamiętniony wpadł ze synem i służbą swoją na niego, bijąc go obnażonymi mieczami i drągami okropnie w obecności pachołka miejskiego, który był posłany dla bezpieczeństwa. I tak pobitego zostawili, póki go inni współobywatele do domu nie zanieśli[1].

Tumult

 W mieście zawrzało. Wieść o tak brutalnym potraktowaniu przez szlachcica obywatela Krakowa roznosiła się lotem błyskawicy, a gęstniejący od strony ulicy Grodzkiej tłum pospólstwa ruszył, by samemu wymierzyć Andrzejowi Tęczyńskiego sprawiedliwość. Wbrew relacji Długosza, widzącego w tumulcie krakowskim celowe działanie patrycjatu, prawda wydaje się taka, że to właśnie rada miejska coraz bardziej traciła kontrolę nad przebiegiem wypadków.

Próbowano jeszcze włączyć do negocjacji królową Elżbietę (Kazimierz Jagiellończyk przebywał wówczas w Prusach), a ta nałożyła na obie strony wadium w wysokości 80 tys. grzywien, a wszystkich zobowiązała do zachowania spokoju. Jednak działania te nie były w stanie uspokoić tłumu, który uzbrojony w miecze, drągi i kusze otwarcie sprzeciwiał się działaniom rajców, dążąc niedwuznacznie do samosądu na Andrzeju Tęczyńskim. Sam starosta w końcu pojął grozę swojego położenia i zagrożenie życia, dlatego nie chcąc dłużej prowokować tłumu i spacerować swobodnie po Rynku, w końcu schronił się w domu innego rajcy, Mikołaja Kesingera, stojącym przy ulicy Brackiej. Jednak na dźwięk dzwonów z kościoła Mariackiego nie wytrzymał napięcia i uciekł, chcąc prawdopodobnie przedostać się do zamku. Dostrzeżono go jednak, i jego tropem podążył wściekły tłum. Staroście nie pozostało nic innego, jak schronić się do kościoła oo. franciszkanów wraz z synem Janem, swoim krewniakiem Spytkiem Melsztyńskim i kilkoma sługami. To, co nastąpiło później, można przeczytać w miejskich zapiskach:

Tam, gdy go szukano, niejaki Jan Doyswon z Warszawy, któremu podobno kilka złotych dał pan Andrzej, przemówił do zgromadzonych w te słowa: „Pan Andrzej zdaje się na łaskę i prosi was o bezpieczny przewód, chcąc oddać się w ratuszu w ręce panów rajców”[2]. Lecz ci, którzy to słyszeli, zawołali do innych: „Jest tu, jest tu”. Pan Andrzej zaś wystąpiwszy, prosił, aby go nie zabijali, oddając się im w niewolę. Ale tłum jeszcze bardziej szalał – a gdy pan Andrzej chciał poskoczyć do zakrystii, jakiś drab wierzch ciemienia […] ściął mu z głowy, a inni wpadający do zakrystii dobili go, rozmaite rany i ciosy zadając…[3]

Obrazu rozwydrzenia pospólstwa dopełnia przekaz Jana Długosza, choć w tym wypadku można podejrzewać, że po części inspirowany nastawieniem kronikarza do całej sprawy:

Pastwiono się nawet nad martwymi zwłokami. Wleczono je z kościoła aż do ratusza, przez kanał uliczny, oblepione szlamem. Wieloma sztyletami poranili go niemal wszędzie, brodę i włosy na głowie wypalili. Dwa dni trzymano ciało w ratuszu, trzeciego dnia wreszcie zaniesiono do kościoła świętego Wojciecha, czwartego oddano przyjaciołom i z należną czcią, ale wypełnioną lamentem, pochowano w Wielkim Książu. Jedyny syn Andrzeja Tęczyńskiego Jan, gdy lud z nienawiści do ojca usiłował go zabić, uciekł przez narożny i bliższy zamkowi dom Jana Długosza. Do piątej godziny w nocy i później usiłowano zdobyć wieżę, bo Mikołaj Sancygnowski i Spytek Melsztyński oraz ich służba odważnie stawili opór. W końcu, następnego dnia, gdy lud oblegał ich tak samo w nocy i we dnie, sprowadzono ich z wieży do ratusza po ułożeniu się, że zostawią ich w spokoju, a trzeciego dnia po pojednaniu z radą miejską i ludem odprawiono ich[4].

Jana Długosza zdaje się nawet nie obchodzić to, że postawa rady podaje w wątpliwość lansowaną przez niego tezę o znaczącej współodpowiedzialności ławników.

Baszta Tęczyńska na Wawelu, miejsce stracenia mieszczan krakowskich. Wikimedia Commons, domena publiczna.

Zemsta Toporczyków

Nie było złudzeń. Kraków wpadł w poważne tarapaty, a zabicie na terenie miasta przedstawiciela jednego z najznakomitszych polskich rodów na pewno nie mogło ujść płazem. Co więcej, sprawa miała też reperkusje polityczne, gdyż zgromadzona już na wyprawę pruską szlachta była gotowa zamiast na krzyżaków – ruszać teraz na Kraków, aby pomścić zbrodnię popełnioną na ich bohaterze. Dopiero zapewnienie króla, że sprawiedliwości stanie się zadość, a winni zostaną ukarani nieco uspokoiło nastroje.

Królowa Elżbieta Rakuszanka. Wikimedia Commons, domena publiczna.

Miasto podjęło teraz jednak ryzykowną batalię prawną, opierając się na starym przywileju Kazimierza Wielkiego, w myśl którego sprawiedliwość za przestępstwa poczynione w obrębie miejskich murów mogły wymierzać tylko sądy miejskie. Niewiele to jednak dało. Kazimierz Jagiellończyk, który na wieść o wypadkach krakowskich podążył pospiesznie do swojej stolicy, stanął zdecydowanie po stronie szlachty. Zwołany na dzień 7 grudnia 1461 roku do Nowego Miasta Korczyna sąd pod przewodnictwem Piotra z Weszmuntowa i podsędka Mikołaja z Winiar całkowicie zignorował argumenty strony miejskiej. Stało się tak pomimo próby obrony jej praw, co ciekawe, ze strony samozwańczego obrońcy, szlachcica Jana Oraczewskiego. Sam niefortunny adwokat też o mało nie został przez swych „panów braci” zlinczowany za wysługiwanie się „chamom”, a uratował się dosłownie chwytając się królewskiego płaszcza!

Kolejna rozprawa, 14 grudnia, również wykazała brak dobrej woli sądu, choć tym razem dopuszczono Piotra Hersa Głowicza i wicesekretarza miejskiego Adama jako pełnomocników. Nie było żadnej dyskusji ani negocjacji, a roszczenia mieszczan w kwestii niewłaściwości przewodu sądowego odrzucono, opierając się na przywileju nieszawskim wydanym przez Kazimierza Jagiellończyka na rzecz szlachty w 1454 roku. Sąd wydał wyrok, skazując miasto na zapłatę 80 tys. grzywien i żądając wydania winnych w celu ich ukarania „na gardle”. Ostatni przewód, odbyty już na zamku krakowskim 5 stycznia 1462 roku, nakazał wykonanie wyroku, wysyłając na ratusz sporządzoną na chybił trafił imienną listę dziewięciu „winnych”, którzy mieli trafić na szafot. Chociaż żaden z nich nie miał z zabójstwem kasztelana wojnickiego nic wspólnego, wszyscy oni zostali wydani na stracenie „dla większego dobra”. Byli nimi: były burmistrz krakowski Stanisław Leimiter, rajcy Konrad Lang, Jarosław Szarlej i Jan Szylig, a z pospólstwa malarz Wojciech, dowódca miejskich pachołków Mikołaj, wreszcie Jan Tesznar, Mikołaj Scherlang i kuśnierz Jan Wolfram. Warto dodać, że najbardziej zamieszany w sprawę zamordowanego magnata płatnerz Klemens przezornie salwował się już wcześniej ucieczką na Śląsk, do Wrocławia, a potem dalej, aż do Żagania.

Ostatecznie wyrok wykonano na pierwszych sześciu Bogu ducha winnych mieszczanach. 15 stycznia 1462 roku sześcioro skazanych, w tym burmistrz, trzech rajców i dwóch z ludu, zostało straconych przez ścięcie toporem. Z obawy przed kolejnymi zamieszkami w mieście egzekucji dokonano nie na Rynku, lecz na zamku, w pobliżu domu Tęczyńskich, a stojącą w sąsiedztwie basztę zamkową nazwano później Basztą Tęczyńską. Ciała straconych wśród płaczów i lamentów pochowano we wspólnym grobie w kościele Mariackim.

Królowi nie zależało jednak, aby zaogniać i tak już napiętą sytuację społeczną w swojej stolicy, gdyż stracenie mieszczan nosiło wszelkie znamiona mordu sądowego. Trójka mieszczan, która uniknęła szafotu, została zatem przekazana w charakterze zakładników Janowi Tęczyńskiemu. O ich uwolnienie miasto toczyło w następnych miesiącach zażartą walkę, tym razem szczęśliwie wygraną. Gigantyczną kontrybucję, którą Kraków miał zapłacić Tęczyńskim, zmniejszono do bardziej rozsądnej, choć i tak niemałej sumy 6200 czerwonych złotych, a zakładników uwolniono.

Co pozostało po całej sprawie poza wielkim poczuciem poniżenia, krzywdy i niesprawiedliwości? Tylko krótki polski wiersz, Pieśń o zabiciu Andrzeja Tęczyńskiego, najstarszy napisany w języku narodowym komentarz poetycki do bieżących wydarzeń politycznych. Nie najwyższych co prawda lotów. Anonimowy wierszokleta, niedarzący krakowskich mieszczan sympatią, skarży się między innymi:

A jacy to źli ludzie, mieszczanie krakowianie,
Żeby pana swego, wielkiego chorągiewnego,
Zabiliście, chłopy, Andrzeja Tęczyńskiego!
Boże się go pożałuj, człowieka dobrego,
Iże tako marnie szczezł od nierownia swojego!

Chciał ci krolowi służyci, swą chorągiew mieci,
A o chłopi pogębek dali ji zabici.
W kościele ci zabili: na tem Boga nie znali
Świątości nizacz nie mieli kapłany poranili. […]

Kłamiecie, chłopi, jako psi, byście tacy byli;
Nie stojicie wszytcy za jeden palec jego!
Mnimacie, chłopi, by tego nie pomszczono?
Już ci jich sześć sieczono; jeszcze na tem mało! […][5]

Przejście do historii polskiej literatury to jednak marna pociecha dla niesłusznie straconych.

Bibliografia 

https://www.historiaposzukaj.pl/wiedza,wydarzenia,284,sprawa_andrzeja_teczynskiego.html

https://ingremio.org/2018/01/pycha-lincz-niesprawiedliwosc/

https://kurierhistoryczny.pl/artykul/zabojstwo-w-krakowskim-kosciele,229

Dzieje ziemi krakowskiej w wypisach, oprac. J. Bieniarzówna i J. Małecki, Warszawa 1965.

Jana Długosza Roczniki, czyli Kroniki sławnego Królestwa Polskiego, ks. 12: 1445–1461, przeł. J. Mrukówna, Warszawa 2004.

Kocznur J., Proces o zabójstwo Andrzeja Tęczyńskiego, „Palestra” 4/7–8 (31–32), s. 42–47.

Papee F., Zabicie Andrzeja Tęczyńskiego w Krakowie roku 1461. Szkic historyczny, Lwów 1883.

Toć jest dziwne a nowe. Antologia literatury polskiego średniowiecza, oprac. A. Jelicz, Warszawa1987.

Wyrozumski J., Dzieje Krakowa, t, 1: Kraków do schyłku wieków średnich, Kraków 1992.

[1] Dzieje ziemi krakowskiej w wypisach, oprac. J. Bieniarzówna i J. Małecki, Warszawa 1965, s. 50.

[2] Długosz w odpowiednio przekształconej relacji zarzuca temu Doysonowi świadome działanie w celu wydania Tęczyńskiego tłumowi.

[3] Dzieje ziemi krakowskiej…, s. 50–51.

[4] Jana Długosza Roczniki, czyli Kroniki sławnego Królestwa Polskiego, ks. 12: 1445–1461, przeł. J. Mrukówna, Warszawa 2004, s. 403–404.

[5] Wiersz o zabiciu Andrzeja Tęczyńskiego [w:] Toć jest dziwne a nowe. Antologia literatury polskiego średniowiecza, oprac. A. Jelicz, Warszawa1987, s. 215–216.