Od słów do czynów, czyli dzień z życia krakowskiego złodzieja

W dawnych wiekach Kraków, stolica i jedno z najludniejszych miast Rzeczpospolitej, był domem, przystankiem albo hotelem dla przeróżnych grup społecznych. Tam, gdzie gromadziło się wiele osób, następowała niemal nieustająca wymiana towarów, usług oraz pieniędzy; tam też licznie działali ludzie trzech liter, jak od łacińskiego słowa fur (złodziej) określano ówcześnie różnej maści kieszonkowców i rzezimieszków. 

Karczma na XVI-wiecznym obrazie. Wikimedia Commons.

Pierwej się rozpatrzymy, a potem ograbimy

Przed wyruszeniem na akcję krakowscy złodzieje najpierw zmawiali się co do potencjalnych celów. Czyniono to najczęściej przy kuflu piwa w jednej z licznych ówcześnie karczem czy tawern. Wiele z nich pełniło równocześnie funkcję melin. Krakowskie „hultajstwo” zbierało się przede wszystkim w gospodach położonych poza murami miejskimi. Ale i wewnątrz można było odnaleźć przybytki, których klientela nie należała do najprzyjemniejszych. Przykładem niechaj będzie znana nawet poza granicami Rzeczpospolitej Piwnica Świdnicka, znajdująca się w ratuszowych lochach, zaraz obok… izby tortur.

W XVI wieku władze Kleparza narzekały na liczne „złodziejskie” tawerny znajdujące się na Błoniu, czyli obszarze zaraz na północ od bramy Sławkowskiej. Było tam ponoć „domów i karczem, w których stawa gości dosyć i złodziejstwa i nierząd­nic i hultajów tam się chowa siłą, którzy w nocy wyszedłszy kradną”. Stamtąd udawano się na wspomniany Kleparz czy Kazimierz, aczkolwiek to Kraków „dostarczał” najlepszych łupów.

Informatorami złodziejskiego półświatka byli przede wszystkim żebracy, włóczędzy, miejskie miłośnice czy karczmarze. Tak zaszczytną funkcję informatora pełnił pod koniec XVI wieku pewien karczmarz pracujący w gospodzie „U Mistalika” na ulicy Mikołajskiej. Na zlecenie bandy rozbójniczej pod wodzą Sosińskiego szpiegował hetmana ratuszowego i cechmistrza straży. Zamierzano się ich pozbyć, ale plan się nie powiódł.

Bywało, że złodzieje mieli swoje specjalizacje. Nie były one tak rozbudowane jak te spotykane w Europie Zachodniej, gdzie mieliśmy chociażby tzw. gilotynów. Działali oni głównie na jarmarkach czy przy kościołach. Przy pomocy nożyc obcinali, co tylko wpadło im w ręce: sakiewki, rękawy, części płaszcza itp. Wychodzili z założenia, że wszystko da się wymienić na pieniądze. W Polsce złodzieje byli bardziej wszechstronni. Jednego dnia mogli zbójować na podmiejskiej drodze, by kolejnego włamać się do miejskiej kamienicy. Złodziei zajmujących się rabunkiem i mordem, głównie poza murami miejskimi, nazywano rozbójnikami, a na obszarach podgórskich czy górskich zbójami. Próżno jednak szukać pośród nich odpowiednika serialowego Janosika. Złodziei działających na brukach miejskich, używających w swojej pracy narzędzi, takich jak nożyce czy noże, nazywano rzezimieszkami. Jak sama nazwa wskazuje, rzezali oni mieszki swoim ofiarom. Podobnie postępowali kieszonkowcy, choć oni nie polegali na narzędziach, a na zwinności swoich palców. Najczęściej działali pośród tłumu, co zmniejszało niebezpieczeństwo wykrycia. Pewne grupy krakowskich złodziei używały również specjalnego haka na kiju, zwanego ptaszkiem. Wieczorami przy jego pomocy wyciągali przez okna kamienic wszystko, co zdawało się mieć jakąś wartość.

Członkowie półświatka złodziejskiego podczas zmawiania się na akcję i podczas samej akcji nieraz porozumiewali się między sobą tzw. mową wełtarską. Był to specjalny, tajemny język, nieznany zwykłym mieszkańcom miasta. Na obszarze wielu ówczesnych państw funkcjonowały języki tajemne, znane jedynie wśród członków świata przestępczego. We Francji był to „argot”, w Niemczech „rotwelsch”, w Anglii „cant”, a u nas wełtarski. W Rzeczpospolitej to właśnie Kraków był głównym ośrodkiem, gdzie nauczano tego języka. Niestety do naszych czasów nie przetrwało z niego zbyt wiele słów. Można sobie jednak wyobrazić, że gdy ówczesny mieszczanin usłyszał rozmowę, podczas której padały takie słowa jak machczik, szczypawnik czy odkiwadła, mógł się mocno zdziwić. A była to najprawdopodobniej rozmowa o kolejnej akcji rabunkowej, w której pojawiły się odpowiednio takie słowa, jak złodziej, sakiewka i wytrychy.

Pobicie podróżnego, ilustracja z XV-wiecznego kodeksu Antoniusa von Pforra. Universitätsbibliothek Heidelberg.

W „nocnym złocie” brodzimy, ale za to się obłowimy

Chcąc odnaleźć się w złodziejskim fachu, należało dość dobrze orientować się w krakowskiej topografii miejskiej. I nie chodziło tu tylko o znajomość najlepszych miejsc do obłowienia się. Równie istotna była wiedza, gdzie skradziony towar można upłynnić czy gdzie należy się skryć przed schwytaniem.

Najlepszym miejscem dla ukrycia się przed ścigającą strażą miejską były obszary położone zaraz przy murach miejskich. Na zachodzie były to okolice ulicy Kociej i Psiej. Pierwsza zaczynała się w rejonie dzisiejszego Muzeum Archeologicznego i ciągnęła się aż do, nieistniejącego jeszcze wówczas, Collegium Novum. Tam zaczynała się ulica Psia, której koniec znajdował się dopiero przy bramie Sławkowskiej. Na wschodzie natomiast mieliśmy ulicę Krowią, niedaleko dzisiej­szej Mikołajskiej i Świętego Krzyża, oraz ulicę Świnią w okolicach kościo­ła pw. Świętego Krzyża. Do tego dochodziły bezimienne obszary przy murach za klasztorem Dominikanów. Wszędzie tam znajdowały się po­dobno „drewniane domki przez klasy uboższe zamieszkiwane, które jak gniazda jaskółcze do murów miejskich przyczepione były”. To właśnie one służyły za schronienie dla złodziei, ale także wszelkiej maści żebraków czy prostytutek. Obszary pod murami nie dość że były niebezpieczne, to jeszcze wypełniał je wszechobecny brud. Dawny Kraków, podobnie jak inne miasta europejskie, musiał się zmagać z ciągłym zanieczyszczeniem ulic i placów. Na Zachodzie Europy mieszanka błota, ludzkich i zwierzęcych ekskrementów i wszelkich odpadków zwana była „nocnym złotem”. W Krakowie do oczyszczana ulic najmowano niekiedy miejską biedotę, wędrowne hultajstwo, a nawet miejskiego kata. Choć należy pamiętać, że im dalej od rynku, tym oczyszczanie ulic organizowano rzadziej. Złodziejskiej braci nie przeszkadzało jednak brodzenie w nieczystościach, w końcu mogło to ich uratować od miejskiego stryczka. Ponadto niejedna kupa gnoju pełniła funkcję złodziejskiej skrytki.

Przestępcy nieraz korzystali również z możliwości ukrycia się, jakie dawały miejskie cmentarze. Krakowska gęsta zabudowa prowadziła do tego, że biedota wykorzystywała miejsca pochówku jako swego rodzaju centra życia publicznego, punk­ty schadzek prostytutek czy obwoźnego handlu dobrami wszelakimi, również nielegalnymi. Było to doskonałe miejsce na przeczekanie gorącego okresu po rabunku, tak aby następnie można było spokojnie opuścić miasto.

A dlaczego tak starano się uciec poza miejskie mury? Przede wszystkim utrudniało to straży miejskiej pochwycenie złodziejaszka. Poza Krakowem przestępcy mogli udać się w dowolnym kierunku. Choć najczęściej na początek wybierali Kazimierz. Bynajmniej nie z powodu pięknej zabudowy. Zamieszkiwało go wielu paserów, u których można było zbyć „gorący” towar. Najczęściej funkcję paserów pełnili mieszkający tam Żydzi.

Złapanie złodzieja na gorącym uczynku, ilustracja z XV-wiecznego kodeksu Antoniusa von Pforra. Universitätsbibliothek Heidelberg.

Jesteśmy rzezimieszki, znane są nasze grzeszki

Krakowscy kupcy czy rzemieślnicy najbardziej obawiali się nocnych włamań do swoich sklepów. Znajdowały się one najczęściej we frontowych pomieszczeniach kamienic, a przechowywano w nich nie tylko towary, ale i skrzynie z pieniędzmi. Podczas włamań przydatne były wytrychy albo klucze uniwersalne. Jedne i drugie pozyskiwano najczęściej od ślusarzy współpracujących ze światem przestępczym. Wykonywanie ich było surowo karane, ale niektórych wcale to nie zniechęcało, gdyż gwarantowało solidny zastrzyk gotówki. Ślusarze wykonywali również kopie kluczy, np. wtedy, gdy ktoś ze służby chciał dorobić „zapasowy” klucz do skrzyneczki swojego chlebodawcy. Dziwnym trafem w niedługim czasie dana skrzyneczka bywała okradana. Niekiedy do włamań używano noży, łomów, siekier czy nawet zwykłych gwoździ.

Nocą złodzieje okradali sklepy, w dzień natomiast nachodzono kamienice i domy. Wystarczyło otwarte okno lub drzwi, by przestępca wszedł jak do siebie i „zwinął”, co mu wpadło w ręce. Wielu nie przeszkadzał fakt, że robią to w biały dzień. Jak mówi powiedzenie, okazja czyni złodzieja. Wspomniana już banda Sosińskiego miała wła­sne sposoby na okradanie kamienic. Zdarzało się czasem, że kamienice miejskie były odnawiane czy wyburzane, by postawić w ich miejsca inne budynki. Podczas takich prac wkraczała wspomniana banda. Najpraw­dopodobniej podając się za robotników, wynosiła poduszki, prześciera­dła, sukna i inne dobra. Zapewne nie tylko ona tak postępowała.

Licząc na szybki zarobek, niejeden złodziej zamiast rabować sklepy czy kamienice, wyruszał szukać ofiar na miejskich rynkach. Ówcześnie popularny był wierszyk odnoszący się do tej grupy przestępców:

Jesteśmy rzezimieszki,
Znane są nasze grzeszki
W ojczystym narodzie,
Ojciec kołem łamany,
Zaś brat torturowany
W krakowskim był grodzie.

W dzień i w nocy okradano stra­gany, wozy, przekupniów i ludzi dokonujących zakupów, śpiących i pija­nych. Każdy był potencjalnym celem, a duże skupiska ludzi idealnie nadawały się na miejsca kradzieży. Pozwalały na szybkie przywłaszczenie cudzego mienia, a następnie zniknięcie w tłumie. Niektórzy kieszonkowcy wykazywali się nie lada sprytem podczas rabunku. Niejaki Wojciech Kobielka, zwany w półświatku Parszywką, posługiwał się specjalną laską oblepioną smołą. Przechadzając się w tłumie, przykładał laskę do pieniędzy leżących na kupieckich stołach. Przyklejały się one do smoły, a Parszywka szybko znikał ze swoją zdobyczą.

Bywało, że krakowscy złodzieje wykorzystywali różnego rodzaju nieszczęścia spadające na miasto. Zdarzało się, że podczas pożaru kamienicy złodzieje pomagali w jej gaszeniu. Wchodzili do środka z wiadrem pełnym wody, by następnie wyjść z kilkoma „uratowanymi” rzeczami ukrytymi w kieszeniach. Działalność złodziejska intensyfikowała się również podczas zarazy i pomorów. Przestępcy, nie zważając na niebezpieczeństwo, potrafili wchodzić do domów chorych czy zmarłych. Zdawano sobie sprawę, że może to grozić zarażeniem i śmiercią. Jednak pokusa łatwego zarobku potrafiła przyciągnąć niejednego krakowskiego złodziejaszka.

Złodzieje wykopują wcześniej ukryty łup, ilustracja z XV-wiecznego kodeksu Antoniusa von Pforra. Universitätsbibliothek Heidelberg.

A po akcji do kościoła i tawerny

Po udanej kradzieży należało szybko zniknąć z miejsca zbrodni. Jeśli krakowskiemu złodziejowi nie udało się skryć pośród biedoty na Kociej czy Psiej, musiał czym prędzej opuścić mury miejskie. W dzień, gdy strażnicy nie byli tak skrupulatni, można było skorzystać z miejskim bram. W nocy jednak były one zamknięte. Wówczas należało ukryć łup, np. zakopać pod murem lub stertą kamieni. Ewentualnie można było skorzystać z miejskich rynsztoków. Jeden znajdował się koło bramy Sławkowskiej. Bywali też tacy, którzy wydostawali się rzeką Rudawą, przepływającą wówczas w okolicy Wawelu.

Częstokroć, gdy już udało się wydostać z miasta i zbyć trefny towar, złodzieje udawali się do… kościoła. Bynajmniej nie chodziło o jego obrabowanie, choć i bywali tacy, którzy przed świętokradztwem się nie wzbraniali. Złodzieje pojawiali się w kościele po to, aby się wyspowiadać z kradzieży. Co ciekawe, niektórzy kapłani odpuszczali im winy, bo jak twierdzili, jak „co małego ukradniesz […] to niewielki grzech, ale gdy co większego, to za to obwieszą”. Nie należy się dziwić, że księża potrafili odpuścić grzechy lokalnym złodziejom. W końcu niejeden z nich po udanym skoku oddawał część łupu na tacę. Bynajmniej nie czyniono tego z powodu winy. Była to forma zapłaty Bogu i świętym za udany rabunek.

Drugim miejscem, gdzie po skoku udawali się przestępcy, były karczmy. W końcu „zarobione” pieniądze należało gdzieś wydać. Poza wspomnianą Piwnicą Świdnicką członkowie krakowskiego półświatka licznie odwiedzali Smoczą Jamę pod Wawelem. Ponoć dochodzące z niej hałasy nieraz dawały się we znaki królowi Zygmuntowi Augustowi. Niedaleko Smoczej Jamy, bo na Podzamczu, usytuowane były liczne tawerny-meliny. Bywali w nich często złodzieje, ale i krakowscy strażnicy czy duchowni, którzy zamieszkiwali ten obszar. Najprawdopodobniej zdawali sobie sprawę, w jakich przybytkach przychodzi im pić. Niejeden strażnik przecież współpracował ze światem przestępczym. Natomiast wielu ówczesnych duchownych lubiło także czasem skorzystać z nieco bardziej zakazanych rozrywek.

Przyglądając się działalności krakowskiej braci złodziejskiej, nietrudno zauważyć, że jej członkowie na co dzień niemal zataczali koło w swojej „pracy”. W karczmie złodziej planował swoje akcje, czy to samemu, czy w towarzystwie. Na terenie miasta ograbiał wybrany przez siebie cel. Niekiedy korzystał z nadarzających się okazji. Następnie albo  ukrywał się pośród biedoty, a później opuszczał miasto z łupem, albo od razu znikał za murami miejskimi. Ostatecznie można było go spotkać podczas wotów dziękczynnych w kościele oraz znów w karczmie, gdzie przepijał zrabowane łupy i zapewne znów planował kolejne wypady na miasto.

Bibliografia

  1. Geremek B., Świat „opery żebraczej”. Obraz włóczęgów i nędzarzy w literaturach europejskich XV-XVII wieku, Warszawa 1989.
  2. Geremek B., Życie codzienne w Paryżu Franciszka Villona, Warszawa 1972.
  3. Grabowski A., Skarbniczka naszej archeologii, Lipsk 1854.
  4. Kamler M., Świat przestępczy w Polsce XVI i XVII stulecia, Warszawa 1991.
  5. Kamler M., Złoczyńcy. Przestępczość w Koronie w drugiej połowie XVI i pierwszej połowie XVII wieku (w świetle ksiąg sądowych miejskich), Warszawa 2010.
  6. Komorowski W., Rozwój Krakowa intra muros w średniowieczu, (w:) Kraków, nowe studia nad rozwojem miasta. Praca zbiorowa, Wyrozumski (red.), Kraków 2007, s. 154-188.
  7. Kracik J., Rożek M., Hultaje, złoczyńcy, wszetecznice w dawnym Krakowie, Kraków 2010.
  8. Księga kryminalna miasta Krakowa z lat 1554-1625, Uruszczak, M. Mikuła, A. Karabowicz (oprac.), Kraków 2013.
  9. Muczkowski J., Dawny krakowski ratusz, Kraków 1890.
  10. Zaremska H., Miejsca spotkań kultury masowej: karczmy i łaźnie, (w:) Kultura Polski średniowiecznej XIV-XV wieku, Geremek (red.), Warszawa 1997, s. 239-255.