Ludzie zbyteczni, choć niezbędni, czyli margines społeczny Krakowa w dawnych wiekach 

Dawne społeczeństwo dzieliło się na kilka stanów. Mieliśmy rycerstwo, duchowieństwo, mieszczaństwo oraz chłopstwo. Mogłoby się wydawać, że takie zestawienie obejmowało praktycznie każdą osobę żyjącą w dawnych wiekach. A przynajmniej członkowie tych stanów tak chcieli to widzieć. Nic bardziej mylnego. Obok czterech głównych grup społecznych mieliśmy jeszcze duży odsetek osób, które w tych ramach się nie mieściły. Społeczeństwo takie osoby odrzucało, choć w rzeczywistości nie mogłoby istnieć bez ludzi należących do marginesu społecznego.

Rycina ukazująca żebraków. Wikimedia Commons, domena publiczna.

Po drogach się włóczą, hultajstwem się bawią

Najbardziej zróżnicowaną grupę krakowskiego marginesu społecznego stanowili różnego rodzaju włóczędzy, wagabundzi, tułacze. W dawnych wiekach zbiorczo zwano ich ludźmi luźnymi, gdyż w jednym miejscu długo… miejsca nie zagrzewali. Można by nawet powiedzieć, że był to raczej margines społeczny drogi niż miasta. Jednak Kraków, jako jeden z największych ośrodków Rzeczpospolitej, przyciągał rzeszę tymczasowych mieszkańców.

Ludzie luźni nieraz jednego dnia najmowali się do pracy na budowie, w karczmie czy przy oczyszczaniu ulic z nieczystości, a kolejnego ulatniali się z miejsca pracy. Często znikali wraz z monetami czy innymi dobrami należącymi do ich niedoszłego pracodawcy. Wynikało to z tego, że ludzie ci stanowili zbieraninę różnego rodzaju złodziejaszków, żebraków, prostytutek, ale i drobnych rzemieślników, partaczy, handlarzy, artystów i wielu im podobnych. Nie ma się więc co dziwić, że mieszkańcy Krakowa – i praktycznie każdego innego miasta czy wioski – nie do końca ufali takim włóczęgom. Trudno im było odróżnić tych, którzy rzeczywiście chcieli zarobić, od tych, którzy liczyli jedynie na szybkie wzbogacenie się kosztem pracodawcy.

Największą grupę ludzi luźnych stanowili zwykli chłopi i wyrobnicy miejscy. Były to osoby biedne, najczęściej pochodzące z rodzin wielodzietnych, nieposiadające własnego majątku lub po prostu takie, które starały się znaleźć lepsze miejsce do życia. Z tego powodu odchodzili ze swoich rodzinnych wiosek i podróżowali do większych ośrodków miejskich, takich jak Kraków. Cóż tam na nich czekało? Najczęściej praca ponad siły przy obróbce materiałów, transporcie dóbr czy zwierząt. Do tego dochodziło oczyszczanie ulic, kopanie rowów, układanie bruków, chędożenie więzienia itp. Zapłatą za taki trud był czasem tylko kąt do spania i marne jedzenie. Nic dziwnego, że przy pierwszej nadarzającej się okazji ludzie luźni porzucali taką pracę. Zamieniali ją chociażby na spław towarów Wisłą. Od wiosny do jesieni z okolic Krakowa spławiano przeróżne towary w kierunku Warszawy, a później Gdańska. Podróż taka była okresem przeplatających się dni błogiego lenistwa z powtarzającymi się awariami tratew. Do tego dochodziła pogoda, która często dawała w kość flisakom. Nic dziwnego, że niemal każdy z nich musiał taką podróż kilka razy odchorować.

Żebrak z drewnianą nogą według Jacques’a Callota. Wikimedia Commons, domena publiczna.

Część ludzi luźnych stanowili zubożali rzemieślnicy czy też partacze. Podróżowali oni najczęściej ustalonymi wcześniej trasami, przemieszczając się od jednej wsi do drugiej czy z jednego miasteczka do kolejnego. Szczególnie poszukiwani byli garncarze, koszykarze czy szewcy. Dostarczali towarów wręcz niezbędnych do funkcjonowania, a nie zawsze miejscy rzemieślnicy mogli zapewnić odpowiednią podaż tych dóbr. Poza tym wędrowni rzemieślnicy najczęściej oferowali swoje towary po znacznie niższych cenach. Nie musieli przecież „słuchać się” wytycznych cechu. Nic więc dziwnego, że takie osoby starano się wyrzucać poza mury Krakowa.

Rada miejska nieraz wydawała różnego rodzaju wilkierze wymierzone we włóczęgów i ludzi luźnych. Ich poczynania miały ponoć działać deprymująco na osoby pracujące uczciwie. Pod koniec XVI wieku magistrat starał się nawet oznakować własne włóczęgostwo specjalnymi znakami. Nie zdało się to na wiele. Tak samo jak kilkukrotne próby usunięcia hultajów z miasta siłą. Ci najczęściej zaszywali się na Kazimierzu czy Kleparzu, gdzie nawet mieli własną gospodę zwaną Gospodą Hultajską, a po pewnym czasie i tak powracali do Krakowa.

Dziadowskie życie

Wiele krakowskich klasztorów i kościołów w dawnych wiekach zajmowało się rozdawaniem jałmużny. Niemal każdy wiedział, gdzie i w jaki dzień można otrzymać coś ciepłego do jedzenia. Duchowni z reguły nie odmawiali chleba potrzebującym. Z tego powodu przy ich bramach pojawiali się ubodzy mieszczanie, okoliczni chłopi, a nawet szlachta. Każdy mógł skorzystać z jałmużny, która była nieodzownym elementem życia średniowiecznego. Jednak łatwość w uzyskaniu jałmużny sprawiała, że w miastach średniowiecznych działali żebracy, których określilibyśmy jako zawodowych.

Żebracy krakowscy najczęściej posiadali własne, wydzielone miejsce pod określonym kościołem czy przy rynku. Pozwalało to uniknąć zbytniego nagromadzenia się żebraków w jednym miejscu. Dzięki temu szansa na otrzymanie datków znacznie wzrastała. W Krakowie najbardziej „dochodowym” terenem był obszar zaraz przy kościele Mariackim. Bliskość rynku zapewniała stały dopływ gotówki z jałmużn. Zdarzało się jednak, że żebracy z gorszych lokalizacji czy tacy, których nazwalibyśmy wędrownymi, starali się przenieść na bardziej korzystne miejsca do żebrania. Z tego powodu dochodziło nawet do walk i bójek. Scysje potrafiły przyciągnąć licznych gapiów, dla których żebracze walki mogły dostarczyć nie lada rozrywki.

Kalecy na obrazie Petera Bruegla. Wikimedia Commons, domena publiczna.

Niemal niezbędnym elementem żebraczego życia była ułomność. Jedni nie mieli ręki, drudzy nogi, a trzeci byli ślepi. Właściwie każdy żebrak uskarżał się na jakąś przypadłość. Jedni łapali chorobę św. Lupusa, czyli epilepsję, drudzy św. Fiakra, czyli hemoroidy, a trzeci św. Acariusa, czyli obłęd. A czy były to prawdziwe choroby – to już sprawa drugorzędna. Zapewne niejeden z krakowskich żebraków brał przykład z żebraków paryskich żyjących na Dziedzińcu Cudów. Podobno rano opuszczali oni swoje lepianki chorzy, kulawi, ślepi i niedomagający. Wieczorem jednak, po solidnej porcji jałmużn, nagle cudownie zdrowieli. Nazwa Dziedziniec Cudów nie mogła być przecież przypadkowa…

Prawdziwi żebracy, którym udowodniono niezdolność do pracy, mogli liczyć na specjalne listy poświadczające ubóstwo. W Krakowie wydawała je rada miejska. Dawały one gwarancję postronnym, że dana osoba rzeczywiście jest żebrakiem. Dzięki temu żebrak – wyposażony w taki dokument – mógł liczyć na znacznie wyższą jałmużnę. Warto było dobrze pilnować takiego poświadczenia, gdyż niejeden żebrak-oszust z chęcią sam by z niego skorzystał. W Krakowie niemało było takich żebraczych oszustów. Poza odpowiednimi przebraniami i udawaniem chorych często zbierali oni datki nie dla siebie, ale dla jakiejś wspólnoty potrzebującej pomocy, jak szpitale czy przytułki. Tak działał choćby Antoni Szakowski, który w XVI wieku kwestował na rzecz zakonnic, które jednak nic o tym nie wiedziały.

Z żebractwa potrafiły się utrzymywać całe kilkupokoleniowe rodziny. „Zawód” ten przechodził z ojca na syna. W Krakowie mieszkali żebracy w lepiankach pod miastem albo zaraz przy murach. Członkowie rodów żebraczych potrafili umiejętnie postarzać swój wygląd, udawać ślepych czy chromych. Bywali też tacy, którzy poświęcali się dla pracy i rzeczywiście łamali sobie ręce czy nogi, a nawet wyłupiali oczy. Niektórzy rodzice wypożyczali swoje dzieci innym bezdzietnym żebrakom do pracy.

Włóczęga na obrazie Hieronima Boscha. Wikimedia Commons, domena publiczna.

W świecie śmiechu i zabawy

Muzycy, komedianci, wesołkowie – wszyscy ci, którzy zabawiali publikę śpiewem, grą czy żartem – byli przez tę publikę zaliczani do marginesu społecznego. Także sam Kościół ówcześnie nie odnosił się do artystów zbyt przychylnie. Uważano ich za piewców bezbożności i niemoralności. A dlaczego? Bo zaburzali porządek społeczny. Każdy przecież powinien znać swoje miejsce w społeczeństwie, a komedianci tego miejsca nie mieli, wręcz mieć nie chcieli. Ile to razy udawali kogoś, kim naprawdę nie byli, jak chłopa, biskupa czy szlachcica. Dla władz kościelnych było to nie do przyjęcia. Z drugiej strony, choć władze świeckie starały się postępować zgodnie z kościelnymi wytycznymi, to jednak w przypadku wesołków i kuglarzy przymykały oczy na ich „występki”.

Na ulicach Krakowa najczęściej spotykało się wędrownych grajków i komediantów. Na zachodzie zwano ich żonglerami czy szpilmanami. U nas określało się ich igrcami. Zajmowali się śpiewem, grą na instrumentach, występami komediowymi czy żonglerskimi. Osoby parające się głównie tańcem zwano skoczkami lub pląsaczami. Sporą grupę stanowiły tu kobiety, tzw. tanecznice.

W Krakowie najwięcej komediantów i wesołków występowało na rynku i jego obrzeżach. Tam można było liczyć na największy zarobek. Artystów spotykało się także w licznych krakowskich karczmach. Muzykanci tam występujący grali najczęściej na dudach, skrzypkach i bębenkach. Niemało tancerzy i grajków przewijało się również przez łaźnie. Z tego powodu niejedno miasto wprowadzało ograniczenia co do ilości artystów mogących przebywać w tym samym czasie na ich obszarze.

Kościół z jednej strony surowo zabraniał duchownym uczestniczenia w rozrywkach. Z drugiej jednak wielu było takich, którzy nakazów tych nie przestrzegali. W Krakowie duchowni najczęściej tańczyli podczas… pogrzebów. Cmentarze będące w średniowieczu nie tylko miejscem pochówku zmarłych, ale także pełniące funkcję punktu zbornego mieszczan często przyciągały wędrownych grajków i wesołków. Muzyka grała tam niemal cały czas, nic więc dziwnego, że niejeden duchowny nie mógł się powstrzymać.

Kuglarzami w Krakowie zwano tych, którzy błaznowaniem i tańczeniem potrafili „zręcznie piłkami a kubkami kuglować”, czyli żonglować. Podobno sam król Władysław Jagiełło opłacał własnego kuglarza, niejakiego Mikołaja Twara. Do kuglarzy zaliczano również linoskoczków i mimów.

W Krakowie spośród wszystkich artystów najlepiej żyło się muzykom. Wielu występowało na dworze królewskim. Szczególnie królewskie małżonki miały upodobanie w grze muzyków. Dla przykładu królowa Aldona, pierwsza żona Kazimierza Wielkiego, utrzymywała cały zespół złożony ze śpiewaków, z harfiarzy i cymbalistów. W mieście stołecznym działał nawet cech muzyków. A czym się zajmował? Obwoływaniem rozporządzeń rady lub króla, ogłaszaniem zamknięcia szynków wieczorem, obserwacją miasta z wież i ostrzeganiem w razie pożaru. Muzycy potrzebni byli także chociażby podczas ślubów monarchy, możnych czy zwykłych mieszczan krakowskich.

Żebracy i kalecy ukazani w tłumie bawiącym się podczas karnawału. Wikimedia Commons, domena publiczna.

Do nauki i do bitki

Środowisko krakowskich żaków było bardzo niejednorodne. Część stanowiły osoby zamożne, jednak gros to osoby ubogie. Z tego powodu, aby móc się utrzymać na uczelni, imały się wielu zajęć – nie za­wsze legalnych. Charakteryzowała ich młodzieńcza buta, która nieraz znajdowała ujście w licznych burdach na terenie miasta. Również od­wiedzanie co tańszych karczem i zamtuzów sprzyjało nawiązywaniu kontaktów ze światkiem przestępczym. To wszystko sprawiało, że żacy byli jedną z grup, które szacowni mieszkańcy miasta zaliczali do margi­nesu społecznego.

Aby mieć pieczę nad scholarami, jak ówcześnie zwano żaków, Uniwersytet Krakowski wymagał, by mieszkali oni w kolegiach, szkołach parafialnych, a przede wszystkim w bursach. Było ich kilka na terenie miasta. W najstarszej Bursie Biedoty nie mieszkali tylko najbiedniejsi studenci. Z przodu przebywali bogatsi, a na tyłach bursy – ci biedni. Tamtejsze pokoje nie posiadały ogrzewania czy większości wyposażenia. Ponadto funkcjonowały takie bursy jak Jerozolimska, Węgierska, Filozofów, Długosza, Majętnych. Zasady życia w nich były niezwykle surowe. Wymagano posłuszeństwa, szacunku dla starszych, zakazywano zabaw, przyprowadzania kobiet, hałasowania czy nawet biegania. Oczywistym jest, że żacy większość z tych nakazów łamali. Dzięki kontaktom ze światem przestępczym mieli dostęp do wytrychów czy kluczy, przez co mogli opuszczać teren bursy bez wiedzy przełożonych.

Studenci stanowili niemałą grupę tawernianych gości. Stołowali się tam i we dnie, i w nocy. Najchętniej odwiedzali ulubioną karczmę położoną przy ulicy Wiślnej, naprzeciwko Bursy Ubo­gich. Prowadził ją Jan Medyk, który w dokumentach sądu rektorskie­go pojawiał się nader często, głównie jako osoba poszkodowana w licz­nych studenckich burdach. Niemal nie było dnia, kiedy to wspomniany Jan nie rozwieszałby list żaków-dłużników, którzy pić chcieli, ale płacić – już niekoniecznie.

Scholarzy, starając się przeżyć okres studiów, imali się różnych zajęć. Jako że potrafili czytać i pisać, to niejeden wybierał się do podkrakowskich wsi z ewangelią w dłoni. W zamian za datki czy żywność oferował poczytanie „co ciekawszych” fragmentów Biblii. Korzystali na tym przede wszystkim ludzie starsi i chorzy, niemogący się udać do kościoła na mszę. Istniała też specjalna grupa żaków-żebraków. Byli to najubożsi studenci, którym uniwersytet zapewniał jedynie dach nad głową. Dzięki specjalnemu pozwoleniu od miasta i uczelni mogli oni dwa razy dziennie wychodzić na miasto, by zbierać datki. Trzeba było jednak trzymać się granic swojej parafii. W innym wypadku mogło dojść do bójki między rywalizującymi żakami. Tak było w połowie XVI wieku, kiedy to doszło do bitwy na rynku między żakami ze szkoły św. An­ny i szkoły Wszystkich Świętych. Całe zdarzenie trwało około dwóch godzin, a w międzyczasie dołączyli studenci kolejnych dwóch szkół: Panny Marii i św. Szczepana.

W sytuacji, gdy nie udawało się scholarom zarobić na życie w sposób legalny, sięgali po środki nielegalne. Krakowskie księgi sądowe pełne są wzmianek o studentach złapanych podczas burd, bijatyk, napadów czy kradzieży. Krakowscy ża­cy upatrzyli sobie szczególnie kazimierskich Żydów. Wymuszali od nich urojone należności czy organizowali tumulty. Te ostatnie najczęściej by­ły następstwem śmierci jakiegoś żaka z rąk Żyda. Dochodziło do tego jedynie w sytuacji, gdy Żyd bronił się w trakcie rabunków czy napadów. Tak było na początku XVII wieku, gdy po śmierci dwóch studentów ich kompani zorganizowali wielkie topienie Żydów w Wiśle, stawach i kloakach. Zginęło wówczas ok. 30 Żydów.

Włóczędzy, żebracy, artyści czy żacy to jedynie niektóre ze zmarginalizowanych grup społecznych żyjących na obszarze Krakowa. Poza nimi mieliśmy jeszcze choćby czarownice, zielarki, niższe duchowieństwo czy Cyganów. Różniło ich wiele: status społeczny, pochodzenie, pełnione funkcje. Łączył natomiast fakt, że nie pasowali do stanowego podziału społeczeństwa. Nie odnajdywali się w nim. I choć wielu ówczesnych chciałoby się ich pozbyć, to tak naprawdę dawne społeczeństwo nie mogłoby bez nich funkcjonować.

Bibliografia

  1. Baranowski B., Ludzie gościńca w XVII-XVIII wieku, Łódź 1986.
  2. Baranowski B., O hultajach, wiedźmach i wszetecznicach. Szkice z obyczajów XVII i XVIII wieku, Łódź 1988.
  3. Gajda Z., Przewodnik po Krakowie dla medyków, czyli Kraków medyczny w aspekcie historycznym, Kraków 2015.
  4. Geremek B., Świat „opery żebraczej”. Obraz włóczęgów i nędzarzy w literaturach europejskich XV-XVII wieku, Warszawa 1989.
  5. Jelicz A., Życie codzienne w średniowiecznym Krakowie (wiek XIII-XV), Warszawa 1966.
  6. Kamler M., Świat przestępczy w Polsce XVI i XVII stulecia, Warszawa 1991.
  7. Konarska-Zimnicka S., Taniec w Polsce średniowiecznej. Świadectwo źródeł pisanych, Kraków-Kielce 2009.
  8. Kracik J., Rożek M., Hultaje, złoczyńcy, wszetecznice w dawnym Krakowie, Kraków 2010.
  9. Ptaśnik J., Obrazki z życia żaków krakowskich w XV i XVI wieku, Kraków 1900.
  10. Zaremska H., Banici w średniowiecznej Europie, Warszawa 1993.