A ty w bólu rodzić będziesz… Chyba że przepijesz wódką z brudem

W dawnych czasach poród był momentem wielkiej nadziei, ale i wielkiego strachu. Z jednej strony liczono na rychłe narodziny potomka, najlepiej męskiego. Z drugiej jednak obawiano się, że matka lub dziecko może tego nie przeżyć. Obawy te nie były nieuzasadnione, skoro kiedyś co siódmy poród kończył się śmiercią matki albo dziecka.

Akuszerka pomagająca przy porodzie. Wikipedia Commons, domena publiczna.

Na ostatniej prostej przed rozwiązaniem

Kobieta do porodu mogła przygotowywać się jeszcze przed pojawieniem się pierwszych skurczów. Zalecano, aby przez kilka dni przed rozwiązaniem często udawała się do łaźni, gdzie powinna się moczyć w ciepłej wodzie z dodatkiem ziół „odmiękczających”, jak ślaz, rumian czy róża czerwona. Poza kąpielami zalecano również odpowiednią dietę. Już na miesiąc przed porodem należało unikać rzeczy zimnych, kwaśnych i gorzkich. Ewentualnie można było neutralizować działanie takich pokarmów przez spożywanie produktów o przeciwnych cechach, np. po zjedzeniu kwaśnych ogórków warto było przegryźć słodkie maliny. Dodatkowo przydatna była gimnastyka, o ile za takową uznamy poradę, by brzemienna „lekko pochadzała, schylając się często ku ziemi, jakoby co miała zbierać”.

W ostatnich dniach przed porodem ciężarna miała bacznie zwracać uwagę na ewentualne oznaki zbliżającego się porodu. Jakie były jego symptomy? Jak czytamy w jednym z dawnych zielników:

Naprzód przychodzą około dymion i też około pępka boleści, takież czy w krzyżu przy tym zapalenie, ckliwość i nadymanie żywota, słabizna […]. Gdy ty znamiona przychodzą na brzemienną niewiastę, ukazują rychłe porodzenie.

Chwila prawdy dla ciężarnej

Po pojawieniu się pierwszych skurczów kobieta zazwyczaj jeszcze się nie kładła. Często zalecano jej, by spacerowała po izbie, wchodziła po schodach albo wstrzymywała oddech. Wzywano wówczas babkę porodową, która miała zarządzać całym procesem rodzenia. W średniowiecznej Polsce takie babki-znachorki zwano dzieciobiorkami lub pęporzezkami, jako że to one zajmowały się „rzezaniem pępowin”.

Choć często uważa się, że kobiety dawniej rodziły na ziemi, twierdzenie takie jest nieprawdziwe. Na wsi kobiety rodziły najczęściej na łóżku wyłożonym słomą. Natomiast w domach mieszczan czy szlachty poród odbywał się na specjalnym krześle z wydrążonym siedziskiem. Kobieta miała przyjąć na nim pozycję kuczną z głową pochyloną ku dołowi.

Dzieciobiorka poza odebraniem porodu i zarządzaniem zebranymi w izbie kobietami zajmowała się również pocieszaniem i rozweselaniem. Dbała, aby rodząca myślała pozytywnie o nadchodzącym rozwiązaniu. Pocieszała, że z pewnością urodzi ona syna. Potomstwo męskie było w tamtych czasach bardziej pożądane, ponieważ to syn był gwarantem kontynuacji rodu, dziedziczył większość majątku i był bardziej użyteczny w pracy w warsztacie czy na roli. Położna, w razie konieczności, korygowała położenie rodzącego się dziecka. W tym celu z jednej strony potrząsała stołkiem, na którym siedziała ciężarna, a z drugiej odpowiednio naoliwioną ręką zmieniała położenie dziecka w drogach rodnych. Wraz z pojawieniem się silniejszych skurczów babka mogła uciskać dno macicy poprzez brzuch. W odpowiednim momencie należało również przebić pęcherz płodowy. Akuszerki czasem do tego celu używały nożyczek, ale częściej rozrywano go paznokciem. Położna po odcięciu i podwiązaniu pępowiny jedwabnym sznurkiem przekazywała noworodka pod opiekę innych kobiet. Sama natomiast przechodziła do kolejnego etapu porodu, czyli odebrania łożyska i błon płodowych. Czyniła to, ciągnąc za sznur pępowiny. Przy okazji dbała, by żaden fragment łożyska nie pozostał w macicy. Nie wyrzucano go, ale otaczano je szacunkiem – zakopywano albo pod progiem, albo pod specjalnie wybranym do tego celu drzewem. Podobno Żydzi wierzyli, że jeśli matka po pierwszym porodzie łożysko nadgryzie, już nigdy nie zazna bólów porodowych. Pępowinę najczęściej pozostawiano do zasuszenia, ukrywając ją pod sufitową deską czy krokwią. Gdy dziecko podrosło, oddawano mu ją jako talizman.

Kobieta po porodzie, Francja, XIV wiek.

Jak trwoga to… medycyna niekonwencjonalna

W trakcie porodu niejednokrotnie korzystano z wytycznych medycyny niekonwencjonalnej, a przynajmniej była ona niekonwencjonalna z naszego punktu widzenia. W przeszłości odwoływanie się do magii i rytuałów, bo o nich mowa,  stanowiło nieodzowny element każdego porodu. W Polsce w celu zmniejszenia bólów porodowych aplikowano okłady na brzuch z kobylego łajna lub podawano sproszkowane odchody wróbli. Podobno takie praktyki były szczególnie popularne w okolicach Krakowa. Można było też „gnojem końskim niewieście kadzić pod nos”. Wśród Żydówek popularny specyfik uśmierzający ból stanowiła szklanka moczu męża lub rabina „cudotwórcy”. Z kolei zamiast okładów z łajna stosowały one okłady z ziemi naskrobanej spod progu domostwa. Mieszczankom czy chłopkom jako dobry amulet, sprzyjający lekkim porodom, zalecano proszek z węża, który należało umieścić na brzuchu ciężarnej. Wierzono, że lekki poród jest dowodem cnotliwości rodzącej, a bolesny i ciężki to oznaka kary boskiej za występki, najczęściej niewierność lub wiarołomstwo. W wielu rejonach Polski uważano, że rodzić najlepiej na krześle pokrytym niedźwiedzim futrem, pod którym powinna znajdować się, jako talizman, siekiera mająca zmniejszyć ból. Używano jej również do symbolicznego uderzania brzemiennej w głowę. W razie braku futra – co zapewne w ubogich domach zdarzało się nader często – można było wykorzystać obrus spod wielkanocnego jadła. Należało owinąć nim brzuch rodzącej. Magicznym specyfikiem nieodzownym przy porodzie była wódka – aczkolwiek nie byle jaka. Dodawano do niej naskrobanego brudu z brzegu stołu, z rogu pieca albo śmieci spod progu domostwa. Bynajmniej nie wybierano tych miejsc przypadkowo – jak wierzono, właśnie tam mogły zagnieżdżać się domowe bóstwa czy dobre duchy.

XV-wieczna rycina ukazująca przyjście na świat poprzez cięcie cesarskie. Wiimedia Commons, domena publiczna.

Od gorączki, poronienia i niekompetencji uchowaj nas, Panie

Poród nie zawsze kończył się szczęśliwie – czy to dla matki, czy dla niemowlęcia. Niejednokrotnie powikłania okołoporodowe, prowadzące do śmierci matki, mogły być skutkiem zbyt małej macicy. Zwykle wynikało to z wad anatomicznych, ale zdarzało się, że było spowodowane bardzo młodym wiekiem kobiety. Inną przyczynę śmierci matki stanowiły torbiele i guzy w drogach rodnych. Ewentualny brak higieny prowadził do tzw. gorączki połogowej. Umierały od niej nie tylko zwykłe mieszczki czy chłopki, ale i koronowane głowy, jak choćby królowa Jadwiga. Powszechnie zdawano sobie sprawę, że powikłania okołoporodowe występują znacznie częściej u pierworódek. Poza tym również złe samopoczucie, „smętek abo niemoc, abo głód jedzenia, abo takież niedostatek, a wielkie pragnienie picia, k temu pracą, a niespanie” mogło wpłynąć na przebieg porodu.

Niedonoszone ciąże niemal w każdym przypadku kończyły się śmiercią. Przeżycie wcześniaka graniczyło z cudem. W sytuacji, gdy niemowlę żyło jeszcze tuż po narodzinach, zaszywano je w sadła wieprzowe. Zdarzało się, że płód obumierał jeszcze w łonie matki. Zdawano sobie sprawę, że chcąc ratować jej życie, należy jak najszybciej doprowadzić do narodzin martwego płodu. W tej sytuacji stosowano… okadzanie krocza podpalonym kopytem albo łajnem osła. Ewentualnie można było użyć wewnątrzmacicznych parówek z wykorzystaniem skóry węża, mirry, gnoju gołębiego czy wołowej żółci. Zdaje się, że znacznie bardziej efektywne było jednak użycie kleszczy i haka. Ten zabieg przeprowadzał już jednak mężczyzna – balwierz lub lekarz. Hak należało „zawadzić w jedno oko, albo na podniebienie, albo za gardło, abo tam gdzie najlepiej będzie zdało”. Kleszczami natomiast dekapitowano zbyt dużą główkę płodu.

W odwrotnej sytuacji, kiedy to w czasie porodu umierała matka, starano się ratować nienarodzone dziecko, stosując cięcie cesarskie. W tym celu lekarz lub balwierz rozcinał skórę po prawej stronie brzucha (z lewej dostęp utrudniała wątroba). Jednak nawet wówczas przeżywalność dzieci była bardzo niewielka. Według przekazów w 1500 roku w Szwajcarii dokonano pierwszego udanego cięcia cesarskiego u żywej kobiety. Niejaki Jakub Nufer z Siegershausen, gdy widział, jak jego małżonka cierpi podczas porodu, nie mogąc wydać na świat potomka, poprosił tamtejszą radę miejską o zgodę na wykonanie cesarki. Władze wyraziły zgodę, a ponieważ Jakub zajmował się trzebieniem świń, to „nie inaczej jak u świni sposobem weterynarskim” dokonał cięcia. Matka miała później wydać na świat jeszcze kilkoro zdrowych dzieci. I ta ostatnia informacja raczej dyskwalifikuje tę opowieść jako prawdziwą. Trudno bowiem sobie wyobrazić, że przy ówczesnym stanie medycyny kobieta po cięciu cesarskim miałaby później rodzić naturalnie kolejne dzieci.

Niestety zdarzało się, że do zgonu matki lub dziecka mocno przyczyniał się brak doświadczenia i wiedzy babki porodowej. Dobrze taką sytuację opisuje żyjący w XVIII wieku doktor Jan Różański. Był on świadkiem pewnego zdarzenia, kiedy to podczas porodu dziecko utknęło i wystawiło jedynie rączkę. Obecne tam kobiety zamiast starać się je obrócić lub wezwać doktora:

[…] najpierw Matkę do góry zawiesiły rozumując, iż przez to zawieszenie dziecię położenie swoie odmieni […]. Gdy ten niebaczny ratowania sposób żadnego skutku nie sprawił po długich męczarniach matce zadanych, dziecię potym wszystka mocą za rękę ciągnąć zaczęły. Lecz gdy i to nie pomogło […] rękę mu tedy przy samym ramieniu ucięły: a naostatek nieumiejąc przyzwoitego obracania płodu przez trzy dni i tyleż nocy pastwiąc się nad nią, tak okrutne iey rany w dolnych częściach zadały i pochwę maciczna do samey kiszki rozdarłszy z upłynnienia krwie wielkiego i ognia piekielnego umrzeć musiała.

Poród nigdy nie był rzeczą łatwą. Zarówno dziś, jak i 500 lat temu. O ile jednak dziś możemy się oprzeć na fachowej wiedzy lekarzy i pielęgniarek, o tyle w przeszłości posiłkowano się tym, co było pod ręką, babką porodową i zabobonem. Nic dziwnego, że w dużej mierze poród okazywał się loterią, na której wygrywali przede wszystkim najsilniejsi.

Bibliografia

  1. Biegeleisen H., Matka i dziecko, w zwyczajach, obrzędach i praktykach ludu polskiego, Lwów 1927.
  2. Cziachowski P., O różnych przypadkach białogłów brzemiennych polszczyzna, Kraków: b. w. drukarni [1624].
  3. Delimata M., Dziecko w Polsce średniowiecznej, Poznań 2004.
  4. Falimirz S., O ziołach i mocy ich, Kraków: Florian Ungler 1534.
  5. Szumowski W., Historia medycyny filozoficznie ujęta, Kęty 2008.
  6. Trzpiot W., Stan błogosławiony czy „nieznośne męki”? Kobieta staropolska w okresie ciąży i połogu w świetle memuarów, [w:] Per mulierem… Kobieta w dawnej Polsce – w średniowieczu i w dobie staropolskiej, red. K. Justyniarska-Chojak, S. Konarska-Zimnicka, Warszawa 2012, s. 433-449.
  7. Tyszkiewicz J., Dziecko w średniowiecznej Polsce: poczęcie, urodzenie, zdrowie niemowlęcia, [w:] Wkład starożytności, średniowiecza i renesansu w rozwój nauk medycznych. Wybór materiałów z sesji naukowej, Toruń 12-13 września 1980 r., red. W. Wróblewski, Toruń 1983, s. 159-170.
  8. Waszyński E., Historia położnictwa i ginekologii w Polsce, Wrocław 2000.
  9. Zaborowska B., Pomoc przy porodach w Rzeczpospolitej w epoce nowożytnej, [w:] Wśród córek Eskulapa. Szkice z dziejów medycyny i higieny w Rzeczpospolitej XVI-XVIII wieku, red. A. Karpiński, Warszawa 2009, s. 279-312.
  10. Zadrożyńska A., Świętowania polskie. Przewodnik po tradycji, Warszawa 2002.
  11. Żołądź-Strzelczyk D., Dziecko w dawnej Polsce, Poznań 2006.