Szukaj
Close this search box.
Szukaj
Close this search box.

The Six. Nieznana historia pierwszych amerykańskich astronautek

Zaczynało wyglądać na to, że wahadłowiec z Judy na pokładzie nigdy nie oderwie się od Ziemi. Początkowo jej misja była zaplanowana na lato 1985 roku, ale przez problemy z głównym ładunkiem, satelitą TDRS, datę tę przesuwano dwukrotnie, aż na 22 stycznia 1986 roku. Następnie w grudniu NASA zmieniła termin startu na 23 stycznia. Przyszedł 22 stycznia, a agencja znowu przesunęła start. I tak kilka razy.

Sześć pierwszych astronautek wybranych przez NASA: (tylny rząd, od lewej) Kathryn Sullivan, Shannon W. Lucid, Anna L. Fisher, Judith Resnik, (siedzące od lewej) Sally K. Ride i M. Rhea Seddon. NASA

W końcu 25 stycznia wydawało się, że będą mogli wystartować następnego dnia. Tej nocy jednak prognoza wskazywała bardzo złe warunki pogodowe w całym oknie startowym i raz jeszcze, na wszelki wypadek, NASA znowu zarządziła opóźnienie. Wszyscy uważali, że była to dziwna decyzja. Zazwyczaj NASA kontynuowała odliczanie, starając się utrzymać gotowość startową. Pogoda na środkowej Florydzie zawsze była nieprzewidywalna i oczywiście 26 stycznia niebo było całkowicie czyste, zadając kłam prognozom.

Częste opóźnienia wystawiły cierpliwość załogi na próbę. Nie pomagał fakt, że równie koszmarny był poprzedni lot, STS-61-C. Uczestniczyli w nim Hoot Gibson i Steve Hawley. Wyglądało to tak, jakby wahadłowiec po prostu nie chciał lecieć. Skrajnie sfrustrowana Judy przyglądała się, jak załoga aż cztery razy wspina się do kokpitu Columbii – raz w grudniu i trzy razy w styczniu – tylko po to, żeby z niego wyjść po przerwaniu odliczania, zaledwie na kilka sekund przed startem. Przy czwartym podejściu Steve pokazał się na platformie przebrany za Groucho Marxa. Stwierdził, że jeśli to on jest powodem przerywania startów, może w końcu uda mu się polecieć, jeśli „wahadłowiec go nie rozpozna”.

Judy bardzo się to spodobało i wspominała nawet ten żart Steve’a, gdy pojawiła się na przylądku przed swoim lotem.

– Mam nadzieję, że cierpienia Steve’a Hawleya z czterdzieści-jeden-D i jego rola „specjalisty opóźnień misji” nie przejdą na mnie – żartowała, stojąc na betonowych płytach Ośrodka Lotów Kosmicznych im. Johna F. Kennedy’ego. – Ekipa za mną również ma taką nadzieję. Bo jak nie, to mnie wyrzucą z pokładu.

Zaczynało jednak wyglądać na to, że chochlik rzeczywiście zadomowił się w misji STS-51-L. W końcu 27 stycznia załoga ruszyła na wyrzutnię i przypięła się pasami do foteli. Początkowo się wydawało, że rzeczywiście mogą tego dnia wystartować. Wtedy pojawił się dziwny kłopot – ekipa naziemna nie mogła prawidłowo zamknąć luku. Nie można było odkręcić mocowania, którego usunięcie pozwalało w pełni zamknąć właz. Próbowano wszystkiego, starając się uwolnić ten element, lecz on po prostu nie ustępował. W końcu po niemal półtoragodzinnych próbach członkowie zespołu użyli piły chirurgicznej i rozwiązali problem. W tym momencie było już jednak za późno. Nad platformą startową zaczął wiać porywisty wiatr, zbyt mocny, aby można było w razie konieczności przeprowadzić manewr „powrotu do miejsca startu”. Wiatr nie przestał wiać aż do końca okna startowego. Kilka godzin później nieco naburmuszona załoga wyszła z powrotem przez właz, który uniemożliwił jej start.

W nocy, gdy odwołano start, Judy i załoga stracili już nadzieję, że uda się następnego dnia. Prognozy przewidywały, że temperatury spadną poniżej zera, co było raczej rzadkością dla wybrzeża Florydy, gdzie klimat jest zazwyczaj łagodny. Ogólnie przyjmowano, że będzie zbyt zimno na start. Astronauci stłoczyli się w swoich kwaterach. Nie mieli nadziei na lot nazajutrz, zrelaksowali się więc bardziej niż zazwyczaj.

Oczywiście cała ta niepewność zaczynała wywierać wpływ na załogę i jej rodziny. Brat Rona McNaira i jego ciężarna żona postanowili tego dnia wrócić do domu w Atlancie, ponieważ nie mogli dłużej czekać na start. Ojciec i brat Judy nadal jednak pozostawali na Florydzie. Cierpliwie przeczekiwali wszystkie opóźnienia i chcieli być w Centrum Kontroli Misji w chwili, gdy wahadłowiec będzie wzbijać się w niebo.

W nocy, zgodnie z obawami, temperatura powietrza nad przylądkiem Canaveral spadła do czterech stopni poniżej zera. Aby zapobiec zamarznięciu skomplikowanego labiryntu rur otaczających pojazd, inżynierowie NASA przepompowali wodę przez system przeciwpożarowy wyrzutni. Krople wody osadziły się na wahadłowcu i wyrzutni, a gdy temperatura spadła jeszcze niżej, ciecz zaczęła zamarzać. Mimo wytężonej pracy grzejników rozmieszczonych w różnych częściach platformy, na pojeździe i stojącej obok niego konstrukcji serwisowej pojawiły się twarde stożki sopli, przypominające tysiące wyszczerzonych zębów lśniących w świetle świtu.

Przed startem STS-51-L ekstremalnie niska temperatura spowodowała powstanie sopli na konstrukcji wyrzutni, co wzbudziło obawy, że lód może się oderwać i uszkodzić wahadłowiec przy starcie. NASA

Judy i reszta załogi obudzili się o szóstej rano, niemal pół godziny przed zaplanowanym czasem pobudki. Z powodu chłodu NASA przełożyła start o godzinę, pozwalając im jeszcze na chwilę zamknąć oczy. Ale nie mogli zasnąć – byli gotowi do drogi. Mając rezerwę czasu, przeszli do jadalni, żeby uczynić zadość długiej tradycji i zjeść przed startem śniadanie. Judy usiadła przy dużym białym stole jadalnianym, pośrodku którego znajdowały się wyobrażenie amerykańskich flag oraz czerwone i białe róże. Na śniadanie podano stek i jajka, które zawsze znajdowały się w przedstartowym menu. Mając tego ranka szczególny apetyt na białko, Judy zjadła dwa steki oraz solidną porcję jajek.

Po zjedzeniu śniadania załoga zgromadziła się w pokoju telekonferencyjnym na finalną odprawę pogodową. Obawy z poprzedniego wieczora okazały się bezpodstawne. Kontrolerzy lotu z Ośrodka Lotów Kosmicznych im. Lyndona B. Johnsona powiedzieli im, że owszem, było zimno i na platformie uformował się lód. Ekipy pracowały jednak na niej przez całą noc, starannie sprawdzając oblodzenie i próbując usunąć niektóre sople. Zachodziła obawa, że sople mogą odłamać się podczas startu i uszkodzić Challengera. Specjaliści z Ośrodka Lotów Kosmicznych nie wydawali się tym zbyt zmartwieni. Nic nie sugerowało, żeby mróz stanowił problem. Wszystko wyglądało całkiem dobrze. Załoga ruszyła, aby złożyć kombinezony.

Judy w swoim stroju o barwie lotniczego błękitu wyszła przez szare drzwi budynku, w którym znajdowały się kwatery załogi. Szła po prawej stronie, tuż za dowódcą, Dickiem Scobeem. Od razu uderzył w nich chłód, ale niebo w górze było piękne i czyste jak kryształ. Wyglądało to jak doskonały dzień na start. Idąc do astrovana, Judy delikatnym ruchem pomachała do zgromadzonych ludzi i zniknęła za rogiem.

W tym momencie każdy z tych kroków i ruchów wydawał się już Judy drugą naturą. Wykonywała je wiele razy przy okazji lotu STS-41-D, a także poprzedniego dnia, przed anulowaniem startu. Był więc etap jazdy na platformę startową. Tym razem startowali z drugiej z głównych platform, LC-39B, niemal dokładnej repliki LC-39A. Był również etap jazdy windą na wysokość sześćdziesięciu metrów. Było przejście długą, zawieszoną w powietrzu rampą do kabiny wahadłowca, chociaż tym razem załoga musiała iść ostrożnie, aby nie poślizgnąć się na oblodzonej powierzchni. Było również ostatnie spojrzenie na wybrzeże Florydy przed wejściem do wnętrza wahadłowca. Podziwiając czysty błękit nieba, Dick Scobee uspokoił swoją załogę.

– To piękny dzień na lot – powiedział.

Judy ruszała się, żeby zachować ciepłotę ciała przed wejściem do białego pokoju, w którym miała mieć dopięty skafander i otrzymać hełm. Obok niej stała Christa, lecąca na środkowym pokładzie. Przed wejściem do kokpitu Judy zwróciła się do swojej protegowanej:

– No dobrze, następnym razem widzimy się w kosmosie!

Chwilę później siedziała już na twardym metalowym fotelu, a przed nią znajdowały się pulpity kontrolne Challengera i przednie okna. Nie mogła się doczekać, aż widok za nimi zacznie się zmieniać, na razie jednak trzeba było jeszcze raz zagrać w grę w czekanie.

– Trochę dzisiaj zimno – powiedział przez interkom Ellison, siedzący obok Judy, za pilotem.

Wszyscy wiedzieli, że Ellison nie znosił chłodu, Mike pozwolił więc sobie na to, żeby się z nim podrażnić i wykorzystać to, że z jego miejsca z boku kokpitu nie było widać głównych okien.

– Za to do nas wpada słońce – powiedział przez słuchawki. – Przynajmniej załogę posadzono zgodnie z preferencjami temperaturowymi: schowali cię w cieniu.

 

Przed lotem Judy Resnik pozuje ze swoją koleżanką Christą McAuliffe, która miała zostać pierwszą nauczycielką w kosmosie. NASA

W uchu Judy odezwali się kontrolerzy lotu, prosząc ją o sprawdzenie komunikacji. Czując się wyjątkowo naładowana tego ranka, krzyknęła w odpowiedzi:

– NO TO JAZDA!

Gdy ekipa naziemna przypinała Christę do fotela na środkowym pokładzie, do kabiny wdarł się nagle podmuch gorącego powietrza. Był to prezent od ekipy zamykającej właz dla trzęsącej się z zimna załogi. Wszyscy zaczęli wiwatować, czując to ciepło. Judy się roześmiała.

– Dokładnie tego potrzebowałam – powiedziała. – Ellison mówi, że to wspaniałe.

Minuty mijały, a oni odczuwali znajomą udrękę wielogodzinnego oczekiwania na twardych metalowych fotelach. Judy żartowała, że jej „cztery litery” umierają. Jednocześnie cały czas wisiało nad nimi niebezpieczeństwo odwołania startu. Myśl o ponownym wysiadaniu z wahadłowca i wykonywaniu tej skomplikowanej choreografii raz jeszcze była przerażająca. O czasie T-minus dziewięć minut odliczanie doszło do zaplanowanej pauzy. Nie mieli pewności, czy po jej upływie zegar wystartuje.

– Mam nadzieję, że nie będziemy znowu czekać do ostatniej chwili – powiedziała Judy, a jej entuzjazm przygasał.

Dick usłyszał jednak w interkomie wiadomość od kontrolerów lotu. Przeanalizowali oblodzenie po raz ostatni i wydali oficjalną zgodę na start.

– Super! – krzyknął, a Judy szybko policzyła, o której nastąpi ta chwila: o jedenastej trzydzieści osiem.

Minuty uciekały, jedna po drugiej, a gdy zostały tylko dwie, Dick powiedział załodze:

– Witamy w kosmosie.

O czasie T-minus sześć sekund nastąpił prawidłowy zapłon silników. Zapewne pamiętając przerwanie startu STS-41-D, Judy czekała na grzmot towarzyszący wytworzeniu prawie pół miliona kilogramów ciągu.

– Super – powiedziała z ulgą. Gdy silniki osiągnęły pełen ciąg, krzyknęła raz jeszcze:

– No super!

THE SIX. Nieznana historia pierwszych amerykańskich astronautek. Loren Grush. Wydawnictwo Astra 2025

Po czym nastąpił start. Judy już tu kiedyś była. Wibracje, dźwięki, siła działająca na jej ciało – tym razem doskonale wiedziała, czego się spodziewać, i przygotowywała się do każdego z tych etapów. Koledzy z załogi zabrali się do pracy, sprawdzając poszczególne kroki na liście kontrolnej, jednocześnie celebrując ten moment.

– Houston, Challenger. Program obrotu – powiedział głośno Dick.

Mike nadal się cieszył.

– Dajesz, stara!

Wahadłowiec obrócił się na plecy, dokładnie tak, jak przy każdym z poprzednich lotów.

Przyszła kolej na Judy.

– LV, LH – powiedziała po czternastu sekundach lotu, recytując te same skróty, które z trudem wydusiła z siebie Sally podczas swojej pierwszej misji. Judy jednak nie była dzisiaj ani trochę nerwowa.

– Zajebiście! – krzyknęła, gdy wzmogły się wibracje Challengera.

– Mamy Mach jeden – poinformował Mike po czterdziestu sekundach. Oficjalnie przekroczyli barierę dźwięku. Po zaledwie siedemnastu sekundach zwiększyli ciąg silników, dając im dość mocy do wyniesienia ich na orbitę.

– Ale ta stara ciągnie! – krzyczał Mike, czując wzrost mocy. – Dajesz!

Minęła minuta lotu i przyszedł czas na ponowne podkręcenie silników i jeszcze więcej mocy. Kontrolerzy z centrum dali sygnał Challengerowi.

– Challenger, zwiększyć moc – odezwał się Dick Covey, dyżurny CAPCOM.

– Przyjąłem – odparł Dick Scobee. – Zwiększamy moc.

Zaledwie trzy sekundy później na zewnątrz wahadłowca pojawił się jasny błysk. Później szarpnięcie. I w tej chwili wszyscy zrozumieli, że coś poszło nie tak.

– O Boże… – powiedział Mike.

 

Fragment książki: THE SIX. Nieznana historia pierwszych amerykańskich astronautek. Loren Grush. Wydawnictwo Astra 2025

 

73 sekundy po starcie STS-51-L wystąpiła „poważna awaria”, która zakończyła ostatni lot wahadłowca Challenger. W katastrofie zginęło wszystkich siedmioro członków załogi, w tym Judy Resnik. NASA

 

 

https://www.youtube.com/watch?v=9wEFXhoW3Ro

Powiązane wpisy

Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

Premiera

Artykuły