Jak nie dać się zabić lekarzom w średniowiecznym Krakowie?

Średniowieczny medyk badający mocz pacjenta. Wikimedia Commons, domena publiczna.

W średniowiecznym Krakowie lepiej było nie chorować. Wprawdzie pacjenci nie stali do lekarzy w kolejkach, bo i mało kto miał możliwość skorzystać z fachowej pomocy medycznej, ale jeśli już to się udało, to niekoniecznie wychodziło się na tym dobrze.

Dawniej można było umrzeć na wiele chorób. Większość z nich nie jest problemem dla współczesnej medycyny, wielu po prostu nie rozumiano, jeszcze inne nadal zabijają. Były również schorzenia i przypadłości, które może nie kończyły się śmiercią, ale potrafiły skutecznie obrzydzić życie. Wobec niewielkiej liczby medyków (w wiekach XIV i XV w Polsce działało w sumie niespełna pół setki lekarzy, z czego około połowa praktykowała w Krakowie) oraz wysokich kosztów leczenia, które były barierą nie do przekroczenia dla mniej zamożnych krakowian, pomocy szukano u balwierzy i cyrulików, znachorów i zielarzy, a nawet astrologów.

W średniowieczu dobry medyk musiał znać się na ziołolecznictwie i wiedzieć, że np. rabarbar pomagał na schorzenia wątroby. Wikimedia Commons, domena publiczna.

Poznaj przyczynę i przywróć równowagę

Ówczesna wiedza medyczna bazowała na antycznej teorii czterech humorów autorstwa żyjącego w II wieku n.e. rzymskiego lekarza Galena. Krew, dwa rodzaje żółci oraz śluz regulowały nie tylko stan zdrowia, ale i cykl ludzkiego życia. Lekarz i botanik Stefan Falimirz tak wykładał tę kwestię w swoim wydanym w 1534 roku w Krakowie, prawdopodobnie najstarszym polskim herbarzu zatytułowanym O ziołach i o moczy ich: „Wiek człowieczy czworaki jest, pierwszy dzieciństwo: krewnego i powietrznego przyrodzenia. Drugi młodość: gorącego i suchego przyrodzenia, w nim najwięcej się kolera mnoży. Trzeci męstwo: zimnego i wilgotnego przyrodzenia, w nim się najwięcej flegma mnoży. Czwarty starość i siwizna: zimny i suchy, w nim się mnoży melankolija, która się przyrównawa zimie”. Wspomniane przez niego cztery własności materii: gorące, suche, zimne i wilgotne, przeciwstawiano humorom, żywiołom i porom roku. Gdy pacjent czuł się źle, oznaczało to ni mniej, ni więcej tylko brak równowagi humorów w ciele, a zadaniem lekarza było ową równowagę przywrócić – oczywiście po postawieniu właściwej diagnozy. Badano w tym celu barwę i konsystencję upuszczanej krwi, mocz (kolor, zapach i smak) i kał (tu już tylko barwę), oglądano dokładnie ciało pacjenta. W jednym z kodeksów benedyktyńskich (ci bracia jako pierwsi rozpoczęli studiowanie medycyny starożytnej i leczenie chorych) znajdujemy opis ówczesnej diagnozy: „Gdy wejdziesz do chorego, spytaj się, czy co go boli; gdy powie, że boli, dowiedz się, czy ból jest silny i czy uporczywy. Potem weź chorego za tętno i zbadaj, czy ma febrę. Dowiedz się, czy ból przychodzi razem z dreszczami; czy chory cierpi na bezsenności; czy oddaje normalnie stolec i mocz. Obejrzysz jedno i drugie. Sprawdzisz, czy choremu grozi niebezpieczeństwo i czy choroba jest ostra. Wypytasz się o początek choroby i dowiesz się, co mówili inni lekarze, którzy przedtem chorego widzieli, i czy wszyscy mówili to samo oraz czy chory zapadał już przedtem na podobną chorobę. Gdy to wszystko zbadasz, poznasz przyczynę choroby i leczenie nie wyda ci się trudnym”. Brzmi prosto, prawda?

W czasie epidemii orędownikiem był św. Sebastian. Wikimedia Commons, domena publiczna.

Gorczyca na chuć, mięta na robaki i trup na przeziębienie

Średniowieczne powiedzenie głosiło wprawdzie, że przeciwko nieuchronności śmierci nie ma ziela w ogrodzie (Contra vim mortis nulla est herba in hortis), ale nie oznaczało to, że nie warto było próbować. Lekarze mieli obowiązek znać się na ziołolecznictwie, i nawet mało wybitny medyk znał około 300 roślin leczniczych (lub uchodzących za takie). I tak padaczkę leczyła piwonia, a syndrom dnia wczorajszego i inne problemy wątrobowe rabarbar, w ostateczności mlecz. Na ból zębów pomagał czosnek na spirytusie (byle nie przesadzić, bo można się nabawić wszy, bólu głowy i problemów ze wzrokiem), na ból głowy olej konopny (kilka stuleci później będzie on z powodzeniem, choć nie bez kontrowersji, stosowany w leczeniu migren), a na problemy ze skórą i paznokciami „korzeń szczawiowy z octem warzony”. Dobry sen gwarantował olej z kopru i maku, a kamienie nerkowe rozbijał wywar z bluszczu dodany do kąpieli. W cytowanym już herbarzu Falimirza znajdujemy także porady w przypadku pojawienia się wstydliwych dolegliwości: koper świetnie wpływa na bóle macicy, sok z ogórka „uśmierza boleć członków tajemnych u mężczyzn, to jest jąder”, a nasiona gorczycy warzone w winie lub sproszkowane z miodem przykładane na krzyż czynią „skłonność ku rzeczom cielesnym”. W zaleceniach szkoły salernitańskiej (Regimen Salernitanus) można było przeczytać, że anyż „wzrok czyści”, miętę zaś warto stosować, „gdy robak trapi żołądek schorzały”. Ceniono lecznicze właściwości zamorskiego szafranu, który „serce weseli i władzy dodaje, przezeń mdły człowiek znowu do sił powstaje, wątrobę naprawuje, zgoła wielkiej cnoty, a nade wszystko z serca, że złoży kłopoty”. Byle nie przesadzić z tym cudownym lekiem, bo już 3 dragmy (czyli ok. 30 g) naraz zażyte potrafią zabić – o czym, miejmy nadzieję, ówcześni lekarze doskonale wiedzieli.

W średniowieczu sięgano także do mądrości Arnolda de Villanova. Wikimedia Commons, domena publiczna.

Wszyscy święci na ratunek

Dawnych krakowian – zarówno lekarzy, jak i pacjentów – cechowała specyficzna mentalność, na którą składały się przesądy i zabobony, wszechobecna astrologia, alchemia czy magia, a także głęboka pobożność, bynajmniej niepozostająca z nimi w sprzeczności. Najlepiej, w pojęciu ludzi średniowiecza, leczyła modlitwa – zgodnie z przekonaniem, że medycyna bez boskiej pomocy i tak jest bezsilna. Oddawano się pod opiekę świętemu patronowi określonej choroby lub lokalnym świętym znanym z dokonywania cudów. Prócz św. św. Kosmy i Damiana, patronów samej medycyny, szukano pomocy także u św. Wita, gdy zapadano na „chorobę świętego Wita” – pląsawicę, czy u św. Antoniego, gdy chory zmagał się z „ogniem św. Antoniego”, a więc różą lub zapaleniem rany. Trąd leczył św. Łazarz, na mór pomagały modlitwy do św. Rocha lub św. Sebastiana, krosty z twarzy usuwał św. Wawrzyniec, zaburzenia mowy leczył św. Stanisław, a słuchu św. Kinga, św. Marcin zaś leczył z… pijaństwa (Francuzi syndrom dnia następnego nazywali „dolegliwościami świętomarcińskimi”). Choroby piersi leczyła święta, której je obcięto (Agata), choroby oczu ta, która się oślepiła (Łucja), jelitami zajmował się święty, któremu nawinięto je na kołowrót (Erazm), a cierpiącym na bóle głowy pomagać miał pozbawiony jej św. Dionizy. Krakowianie zasięgali także pomocy tutejszych świętych i błogosławionych. Po śmierci św. Salomei jej ciało wydzielało ponoć pięknie pachnący olej, który leczył wszelkie choroby, toteż ustawiano się w długich kolejkach, by je zobaczyć.

Warto w tym miejscu wspomnieć, że doniosłe miejsce w ówczesnej medycynie zajmowały preparaty z ludzkich, niekoniecznie świętych, szczątków. Namiętnie przepisywał je swoim pacjentom praktykujący w XI wieku Awicenna, preferując proszek z mumii, który ponoć był świetną odtrutką, ale który leczył także padaczkę, mdłości czy zwykłe przeziębienie. Falimirz z kolei zalecał mumię na padaczkę, duszności, zawroty głowy czy krwotoki. Do XVI wieku mumia stała się jednym z najpopularniejszych leków zażywanych w Europie, a w aptekach niemieckich można było jeszcze przed pierwszą wojną światową kupić „oryginalną mumię egipską do wyczerpania zapasów, 17,5 marki za kilogram”. Działający na przełomie XIII i XIV stulecia Arnold de Villanova opisywał liczne oleje „sporządzone z ludzkich kości”, a stosowane w leczeniu nie tylko padaczki czy podagry, ale „na wszystkie nieszczęścia”. Te ostatnie jednak, znacznie lepiej niż święte oleje, potrafiło leczyć odpowiednie nastawienie. Jak czytamy w Kronice Wielkopolskiej, „ani ognia nie gasi się ogniem, ani smutku nie koi się smutkiem, chory zaś rozwesela się dzięki wesołości lekarza”. Podobne podejście wyznawał krakowski biskup i kronikarz, mistrz Wincenty Kadłubek, którego zdaniem to „lekarz winien swoim wesołym usposobieniem wpływać korzystnie na stan zdrowia pacjenta”. Na koniec oddajmy ponownie głos medykom z Salerno, których rady są niezmiennie aktualne: „Jeżeli chcesz uczynić siebie rześkim i zdrowym, unikaj wszelkich trosk i wierz, iż tylko profan się gniewa. Pij mało wina, jadaj niewiele, nie uważaj za rzecz zbyteczną wstać po jedzeniu, unikaj snu popołudniowego. Nie wstrzymuj moczu i nie zaciskaj mocno odbytnicy. Jeżeli tego będziesz dobrze przestrzegał, będziesz długo żył. W braku lekarzy niech będą twymi lekarzami trzy rzeczy: pogodny nastrój, spoczynek i umiarkowane pożywienie”. I tego się trzymajmy!

Bibliografia:

Bukowczan-Rzeszut, A., Jak przetrwać w średniowiecznym Krakowie, Kraków 2018.

Bukowczan-Rzeszut, A., Rzeźnicy z toporami i krzyżowcy na haju, „Tudorowie” 2016, nr 5.

Drozd, J., Wczoraj i dziś ziołolecznictwa, „Przegląd Medyczny Uniwersytetu Rzeszowskiego i Narodowego Instytutu Leków w Warszawie” 2012, nr 2.

Falimirz, S., O ziołach i o moczy ich, Kraków 1534.

Rostafiński, J., Medycyna na Uniwersytecie Jagiellońskim w XV wieku. Szkic źródłowy i krytyczny, Kraków 1900.

Rostafiński, J., Zielnik czarodziejski, to jest zbiór przesądów o roślinach, Kraków 1893.