Z życia templariusza (II)

Średniowieczni mnisi prowadzili swoje spokojne i pobożne życie według benedyktyńskiej zasady Ora et labora, czyli Módl się i pracuj. A jakie zasady i zajęcia miał nowatorski zakon ,,mnichów-rycerzy”, którzy obowiązek pracy w polu czy w skryptoriach zamienili na nakaz treningów i walki w obronie chrześcijaństwa? Jak wyglądało codzienne życie Rycerza Świątyni? 

XII-wieczna kaplica templariuszy w Metzu we Francji. Wikimedia Commons.

Jak spożywano posiłki?

Główny posiłek jadano w refektarzu, w południe, później wieczorem zasiadano do wieczerzy. Na ogół posilano się dwa, czasem trzy razy dziennie, w okresie postu jadano jednak skromnie – tylko raz dziennie. Najpierw do osobnego stołu zasiadał komandor i rycerze, później przy drugim stole zaczynali posiłek serwienci i giermkowie. Spożywanie posiłku rozpoczynano po błogosławieństwie udzielonym przez kapelana. Templariusze jedli w ciszy, wsłuchując się w czytane na zmianę przez jednego z braci (oczywiście piśmiennego) słowa Pisma Świętego. Początkowo reguła nakazywała, by dwóch rycerzy jadło na zmianę, jedną łyżką i z jednej miski, by jeden kontrolował drugiego w umiarkowaniu podczas posiłku. Później jednak odstąpiono od tej zasady, dając każdemu bratu osobistą miskę, łyżkę, puchar codzienny i używany od święta. Potrawy przynosili z kuchni słudzy, napełniali również pucharki winem lub wodą.

Co jedli templariusze? Czy często pościli, czy też objadali się niczym świeccy panowie? Ich zróżnicowana dieta, podobnie jak współczesne posiłki dla żołnierzy czy sportowców, nastawiona była na wartości odżywcze niezbędne do utrzymywania sprawności fizycznej. Potrawy, choć nie były wyszukane smakowo, gdyż nie używano drogich przypraw, były jednak świeże i całkiem pożywne. Trzy razy w tygodniu podawano potrawy mięsne, a rycerze w niedzielę zjadali nawet dwa posiłki z mięsa. W poniedziałki, środy i piątki serwowano dania z warzyw, pieczywa, nabiału i ryb. Rycerze byli lepiej karmieni niż słudzy, gdyż otrzymywali aż trzy dania, natomiast ci drudzy – tylko dwa. Komandor dostawał nawet trzy porcje! Bracia stanowczo jednak unikali obżarstwa, celowo pozostawiając część żywności na stole, gdyż później rozdawano ją biednym. Jednak w odróżnieniu od innych zakonów nie poszczono i nie umartwiano się zbyt często, ponieważ templariusze musieli mieć siłę do walki i pracy. Przestrzegali jednak nakazanych postów w czasie Adwentu i Wielkiego Postu.

,,Pijany jak templariusz”?

Co ciekawe, w Zakonie Świątyni nie zakazywano picia pokrzepiającego wina, choć z drugiej strony surowo przestrzegano przed pijaństwem. Nic dziwnego, gdyż na Zachodzie Europy i w Palestynie był to ulubiony napój rycerstwa. We Francji powstało nawet popularne przysłowie ,,Pić jak templariusz” czy też ,,Pijany jak templariusz”. Rzeczywistość była jednak inna, gdyż jak podaje Reguła katalońska, grzech pijaństwa karano niezwykle surowo:

Jeśli brat zwykł pić tak wiele, że jest pijakiem, a nie chce się poprawić, należy go ukarać jako winnego. Mistrz może powiedzieć doń podczas kapituły: ,,Szlachetny bracie, jesteś pijakiem i nie chcesz się poprawić. Posłuchaj nas i wybierz z tych dwu rzeczy tę, która ci odpowiada: albo poproś o zwolnienie z zakonu i idź zasłużyć na zbawienie do innego klasztoru, albo przestań pić na zawsze”. Jeśli brat wybierze opuszczenie domu, należy mu dać jego kartę (zwolnienie). Jeśli obieca zaprzestać pić wino, mistrz za zgodą braci nie odprawi go. Lecz jeśli będzie pił, straci dom[1].

Kaplica w Rurce – część dawnej komandorii templariuszy. Wikimedia Commons, Jan Jerszyński.

Surowe zakazy i kary

Powyższe słowa ukazują nam przykład jednego z wykroczeń i surowej kary stosowanej w Świątyni. Dyscyplina w zakonie przypominała skrzyżowanie klasztornego rygoru z musztrą elitarnej wojskowej formacji. Templariusze musieli zwracać się do siebie grzecznie i spokojnie, a każde polecenie wydawano ,,w imię Boże”. Zabronione były gry hazardowe, turnieje rycerskie i polowania. Wszelkie winy wyznawano podczas cotygodniowych kapituł zbierających się w kaplicy. Bracia sami wyznawali i opisywali swoje wykroczenia, prosząc o przebaczenie; czasem wspólnota sama wskazywała grzechy. Do najcięższych przewinień należało złamanie tajemnicy kapituły (wyjawienie jej osobom spoza wspólnoty), symonia (przy przyjmowaniu do zakonu lub awansie w hierarchii), zabójstwo chrześcijanina, sodomia, bunt wobec przełożonych i rozkazów, tchórzostwo na polu bitwy, herezja, zdrada (przejście na stronę muzułmańską) czy też rabunek. Za rabunek uznawano nie tylko narażenie zgromadzenia na uszczerbek finansowy, ale także zatajenie faktu bycia w małżeństwie, w stanie kapłańskim czy poważnej choroby przed przystąpieniem do templariuszy, ponadto wymknięcie się nocą z domu, ukrycie jakichś przedmiotów podczas inspekcji, przebywanie poza komandorią bez zezwolenia dłużej niż dwie noce, opuszczanie siedziby w gniewie i zabranie ze sobą cudzej odzieży oraz ekwipunku, a także kradzież jakiejś rzeczy brata lub własności wspólnoty. Co interesujące, ,,ohydny grzech sodomii”, o który tak ostro oskarżano później templariuszy, był przestępstwem traktowanym ze szczególną surowością. Delikwentów degradowano, pozbawiano szat, zakuwano w kajdany i zamykano w lochach na długie lata. Surowo traktowane były też kontakty seksualne z kobietami. Dlatego u templariuszy, w odróżnieniu np. od krzyżaków, nie zdarzały się przypadki gwałtów.

Sędziowie po przyznaniu się do winy lub wysłuchaniu wyjaśnień orzekali o winie, wymiarze kary lub pokucie. Winny mógł zostać pozbawiony domu, czyli wyrzucony na zawsze ze wspólnoty, pozbawiony płaszcza, czyli zdegradowany, poddany haniebnej niewolniczej pracy lub pokucie, która polegała na publicznej chłoście, życiu ,,o chlebie i wodzie” oraz spożywaniu posiłków na podłodze, z nadzieją na łaskawość komandora, który mógł podzielić się resztkami ze swojego posiłku. Co interesujące, nigdy jednak nie okaleczano ani nie skazywano na śmierć braci, którzy zbłądzili.

Gerard de Rideford. Wikimedia Commons, domena publiczna.

Obrońcy Ziemi Świętej

Przeznaczeniem każdego templariusza, nawet tego służącego w Europie, była obrona Ziemi Świętej i mieszkających tam chrześcijan przed saraceńskimi wojownikami i rabusiami. Z europejskich komandorii nieustanie dopływały do Syrii i Palestyny okręty zakonu, wiozące zaopatrzenie, broń, pieniądze oraz setki zbrojnych mających wspomóc to niezwykle trudne zadanie. Dzień i noc zbrojni zakonu patrolowali potężne mury obronne zamków oraz niebezpieczne drogi, wypatrując nieprzyjaciół. Wiedzieli, że w razie dostania się do muzułmańskiej niewoli będą mieli do wyboru śmierć lub przyjęcie islamu i życie w okowach. Bardzo rzadko zdarzały się przypadki zdrady. Nawet gdy do niewoli dostawali się mistrzowie zakonu, woleli spędzić w niej lata, niż rozkazać braciom wypłacić okup.

Żelazna dyscyplina, ,,zbroja wiary” oraz znakomite wyszkolenie sprawiały, że podczas kampanii wojennych templariusze mobilizowali profesjonalne i niezwykle bitne wojska składające się z około 500 braci rycerzy, kilku tysięcy serwientów i najemnych turkopolów. Marsz wojsk zakonnych, podążających we wzorowym szyku za rozkazami mistrza i marszałka, poprzedzony był zwiadem, który prowadził dowódca turkopolów. O każdym posunięciu – czy to wsiadaniu i zsiadaniu z konia, szarży czy odwrocie – decydował rozkaz mistrza lub marszałka. Chorąży niosący czarno-biały proporzec, machając drzewcem, dawał znaki do ataku lub odwrotu, a także decydował, gdzie się zatrzymać na odpoczynek. Również obozowisko rozbijano według ściśle określonego planu. W centrum rozstawiano namiot z kaplicą, tuż obok namiotu marszałka i mistrza zakonu kantynę, gdzie jadano, oraz namioty komandorów. Bracia spali w swoich mniejszych namiotach rozbitych na obrzeżach obozu, czasem umacnianego za pomocą rowów i pali. Czujne warty wypatrywały nieprzyjaciół, a w razie alarmu bracia będący najbliżej zagrożenia ruszali w bój, podczas gdy reszta biegła do kaplicy, by otrzymać rozkazy.

Bitwa pod Montgisard według Charles’a-Philippe’a Larivière. Wikimedia Commons, domena publiczna.

Ani kroku w tył

Podczas bitwy templariusze z niezwykłą sprawnością stawali w szyku bojowym, czekając na rozkazy mistrza lub zastępującego zwierzchnika marszałka. W pierwszej linii stawał najczęściej mistrz, przy nim marszałek i chorąży, a za nimi bracia rycerze ustawieni ,,w płot” (kilka ścisłych linii) lub ,,w klin” (ścięty trójkąt). W razie utraty chorągwi na tyłach rozwijano zapasowy proporzec sygnalizacyjny broniony przez pięciu rycerzy. Z tyłu natarcie osłaniali serwienci dowodzeni przez dowódcę turkopolów. Pewien anonimowy dwunastowieczny pielgrzym tak opisał sposób walki templariuszy:

Gdy idą w bój, płynie nad nimi dwukolorowy sztandar zwany baucant (szachownica).  W ordynku, bez wrzawy, pierwsi rwą się do starcia z większym animuszem niż inni; pierwsi na placu boju, ostatni zeń schodzą, walczą posłuszni komendom mistrza. Kiedy ocenią, że warto stoczyć walkę i kiedy trębacz da znak ,,Naprzód”, pobożnie intonują ów psalm Dawidowy: „Nie nam, Panie, nie nam, lecz w imię Twoje daj nam chwałę”, opuszczają kopie i szarżują na wroga. Jak jeden mąż sieją spustoszenie w szeregach wroga, nigdy się nie poddają i albo do cna zniszczą przeciwnika, albo sami zginą. Ostatni wracają z bitwy, idą za pochodem, doglądając wszystkich innych i broniąc ich. Ale gdy któryś z nich zwróci się plecami do wroga lub nie okaże należytego męstwa lub podniesie oręż na chrześcijanina, ponosi surową karę. Brat, który łamie linię, traci płaszcz i musi przez rok jeść z ziemi jak pies[2].

Dezercja była haniebnym występkiem i groziło za nią wygnanie z zakonu. Tylko w uzasadnionych, nielicznych, przypadkach templariusze mogli się wycofać z pola bitwy. Gdy rycerz zakonny odniósł poważne rany, mógł za zgodą marszałka wycofać się na tyły. Rycerze mieli obowiązek szarżowania na wroga nawet… po utracie broni! Zawrócić mogli jedynie praktycznie nieuzbrojeni słudzy. Gdy dwubarwny sztandar upadł, templariusze musieli kierować się pod sztandar szpitalników lub inną chorągiew krzyżowców.

Za siłą i sukcesami templariuszy stały nie tylko męstwo, wiara i nastawione na współdziałanie wyszkolenie bojowe. Dużą rolę odgrywało również umiejętne dowodzenie przez zwierzchników zakonu, choć zdarzyły się również klęski, np. w 1187 roku nieopodal źródła Cresson, kiedy to fatalna decyzja wielkiego mistrza Gerarda de Rideford o szarży słabymi liczebnie siłami na przeważające armie muzułmańskie doprowadziła do sromotnej klęski. Jednak po każdej porażce, a nawet śmierci w boju mistrza zakon się podnosił i był gotów dalej prowadzić swój śmiertelny bój w obronie chrześcijaństwa. 

Bibliografia

 Reguła Zakonu Templariuszy w tłumaczeniu J. Lickiewicza i E. Zabrotowicz:
[dostępny w internecie:] http://old.templariusze.org/artykuly.php?id=245

Bordonove G., Życie codzienne Zakonu Templariuszy, tłum. A. i M. Loba, Poznań 1998.Nicholson H., Nicolle D., Rycerze Boga. Zakon Templariuszy i Saraceni, tłum. K. Grodner, Warszawa 2009.

Nicholson H., Rycerze templariusze, tłum. P. Chojnacki, Warszawa 2005.

Haag M., Tragedia Templariuszy. Powstanie i upadek państw krzyżowców, tłum. A. Bukowczan-Rzeszut, Kraków 2016.

[1] Cyt. za: G. Bordonove, Życie codzienne zakonu templariuszy, tłum. A i M. Loba, s. 199.[2] Cyt. za: H. Nicholson, D. Nicolle, Rycerze Boga. Zakon Templariuszy i Saraceni, tłum. K Grodner, Warszawa 2009, s. 134–135.