Zabójcze piękno – kosmetyki Elżbiety I

Królowa Elżbieta I nakładała na twarz grube warstwy bielidła. Wikimedia Commons, domena publiczna.

Kobiety od zarania dziejów upiększały swoje ciało, ale nie zawsze kierowała nimi próżność. W czasach, w których przedstawicielki płci pięknej miały niewiele do powiedzenia, ich głównym celem było znalezienie męża i, co za tym idzie, zapewnienie sobie odpowiedniego poziomu życia. A w jaki sposób mogły przykuć uwagę mężczyzny, jeśli nie pięknym wyglądem?

Ideał urody

Elżbieta I nie potrzebowała jednak opiekuna. Pomimo niełatwego dzieciństwa i ciążącego na niej piętna bękarta, jako królowa sama dyktowała warunki w relacjach damsko-męskich. W przeciwieństwie do większości dziedziczek tronu ze swojej epoki, nigdy nie wyszła za mąż i – jakby tego było mało – zapisała się w historii jako jeden z największych władców Anglii.

W jej przypadku dbałość o wizerunek nie była jedynie wyrazem kobiecej próżności, lecz miała ważniejsze znaczenie – służyła propagandzie i podkreśleniu królewskiego majestatu. Każdy, kto oglądał oscarowy film Elizabeth Shekhara Kapura z 1998 roku, traktujący o młodzieńczych latach Elżbiety Tudor, z pewnością pamięta moment, w którym grana przez Cate Blanchett władczyni przeistacza się z rudowłosej dziewczyny w Królową Dziewicę. Za namową sir Walsinghama o twarzy rewelacyjnego w tej roli Geoffreya Rusha, który przed posągiem Matki Bożej stwierdza, że „ludzie muszą czcić kogoś lepszego od siebie” i „dotknąć boskości na Ziemi”, królowa postanawia zająć miejsce czczonej przez katolików Maryi. W symbolicznej scenie, w której płacząca dwórka obcina włosy swojej pani, Elżbieta staje się Dziewicą poślubioną Anglii.

W rzeczywistości monarchini zaczęła nakładać mocny makijaż po ataku ospy, którego w 1562 roku omal nie przypłaciła życiem i który pozostawił na jej ciele liczne blizny. Odtąd jej znakiem rozpoznawczym stała się pokryta bielidłem twarz i ruda peruka, które możemy zobaczyć na większości zachowanych portretów.

Charakterystyczny wizerunek Elżbiety nie tylko stał się jej marką, rozpoznawalną po dziś dzień, ale i odpowiadał ówczesnemu kanonowi urody. Dama okresu elżbietańskiego musiała mieć jasne oczy, alabastrową, gładką skórę, karminowe usta oraz blond albo rude włosy. Królowa od tego ideału nieco odbiegała, choćby z uwagi na ciemne, odziedziczone po matce oczy, a za wzór kobiecego piękna uchodziła na dworze jej krewna, Letycja (Lettice) Knollys1 – ta sama, z którą potajemnie ożeni się Robert Dudley, uważany za wielką i jedyną miłość Elżbiety. Lecz choć koloru oczu nie sposób było zmienić, poprawie innych defektów urody służył cały arsenał mniej lub bardziej szkodliwych środków kosmetycznych, niektóre bowiem zawierały ołów, rtęć czy arszenik. Ostatecznie to Elżbieta stała się dyktatorką mody i wzorem urody.

W czasach elżbietańskich za wzór kobiecego piękna uchodziła krewna królowej, Letycja Knollys. Wikimedia Commons, domena publiczna.

Trujące bielidło

W czasach Tudorów blada cera była symbolem wysokiego statusu, dlatego królowa oraz naśladujące ją damy pokrywały twarz, dekolt i dłonie grubą warstwą pudru. A ponieważ nadawał on skórze pożądany odcień kości słoniowej i doskonale tuszował wszelkie niedoskonałości i oznaki starzenia się, wybieloną twarz nazywano „maską młodości”. Do wytwarzania białej pasty, którą kobiety nakładały na twarz w celu ukrycia zmarszczek, śladów po ospie i problemów skórnych (nieskazitelna cera należała wówczas do rzadkości), stosowano mieszaninę ałunu i bieli cynkowej, a także rozmaite mikstury wykonane przy użyciu białka kurzego, talku i innych białych substancji.

Za panowania Elżbiety niezwykle popularna stała się biel ołowiana, zwana również bielą wenecką, o której użyciu w kosmetyce po raz pierwszy wspomniał William Horman w Vulgaria puerorum (1519). Była to substancja toksyczna, a wchodzące w jej skład ołów i kwas octowy podrażniały skórę i powodowały systematyczne podtruwanie organizmu. Pogoń za urodą kobiety przypłacały zatem problemami zdrowotnymi. Długotrwałe stosowanie bieli ołowianej prowadziło do utraty włosów i zębów, bólów głowy, mięśni i stawów, nudności i krwawień z nosa, a także do niewidocznych na pierwszy rzut oka kłopotów z płodnością, uszkodzeń narządów wewnętrznych czy wzrostu ciśnienia krwi. Niejednokrotnie, w wyniku zatrucia ołowiem, stosowanie tego pudru kończyło się dla wytwornych elegantek śmiercią. Niektórzy z ówczesnych autorów mieli świadomość szkodliwości bieli ołowianej, opisując, jak czyni skórę „szarą i pomarszczoną”, a część dzisiejszych historyków podejrzewa, że właśnie ten kosmetyk przyczynił się do śmierci Elżbiety I, bodaj najsłynniejszej w historii kobiety, która go stosowała.

Z trującej belladonny, czyli wilczej jagody, pozyskiwano wyciąg, którym następnie zakrapiano oczy, co miało służyć zwiększeniu źrenic. Wikimedia Commons, domena publiczna, Franz Eugen Köhler, Köhler’s Medizinal-Pflanzen.

Kosmetyki kolorowe

Chociaż najbardziej pożądana była jasna cera, niekiedy – w celu podkreślenia rysów twarzy – damy różowiły kości policzkowe barwnikiem składającym się z koszenili, drewna sandałowego lub cynobru (siarczku rtęci), będącego ulubionym pigmentem elegantek epoki elżbietańskiej. Jeśli policzki pozostawały blade, nadawano im delikatny blask za pomocą pudru ze sproszkowanych pereł.

Podobnie rzecz miała się z ustami – kobiety stawiały na naturalność lub pokrywały je soczystą czerwienią, która mocno kontrastowała z pobieloną twarzą. Dzięki królowej i jej dwórkom ogromną popularność w Anglii zyskała pomadka do ust, jak w większości krajów europejskich wytwarzana na bazie wosku pszczelego i czerwonych barwników pochodzenia naturalnego. Nakładane grubą warstwą barwniki zawierały związki organiczne, takie jak morszczyn (alga) czy droga koszenila (wysuszone i zmielone owady – czerwce), oraz nieorganiczne – ochrę i cynober, który nie był obojętny dla zdrowia. Jako minerał z zawartością rtęci, która wchłania się przez drogi oddechowe, mógł powodować uszkodzenie płodu u ciężarnej kobiety, układu nerwowego, nerek i zakłócać wiele procesów życiowych. Stosowanie kosmetyków choćby z niewielką ilością cynobru powodowało ciągłe podtruwanie organizmu, objawiające się bólami głowy i kończyn, ogólnym osłabieniem, zaburzeniami snu i koncentracji, a nawet zaburzeniami osobowości. Co ciekawe, specyficznym objawem zatrucia rtęcią była zmiana charakteru pisma na tzw. drżące pismo.

Związki rtęci znajdowały się także w czernidłach do rzęs. Do podkreślenia oprawy oczu służyły ponadto specyfiki przygotowywane ze sproszkowanego czarnego antymonu, jednego z półmetali, znanego już w starożytności i powszechnie stosowanego w alchemii. Alchemicy wierzyli bowiem, że tam, gdzie występuje antymon, znajdzie się i złoto. Niestety, ani oni, ani kobiety – poczynając od starożytnych Egipcjanek – nie podejrzewali, że jest to substancja toksyczna.

Inną trucizną, która służyła poprawie wyglądu oczu, była belladonna, czyli wilcza jagoda. Pozyskiwanym z niej wyciągiem zakrapiano oczy, aby źrenice stały się większe, i choć efekt był imponujący, skutki uboczne okazywały się znacznie groźniejsze. Nadużywanie belladonny powodowało bowiem ślepotę, halucynacje lub skutkowało napadami szału.

Szafran był doskonałym barwnikiem – dzięki niemu peruki zyskiwały żółty odcień. Wikimedia Commons, Franz Eugen Köhler i H. Zell.

Zatrzymać młodość

Gdyby damy epoki elżbietańskiej mogły ostrzykiwać sobie twarz botoksem, z pewnością nie zawahałyby się go użyć. Pragnienie zachowania urody nie jest bowiem domeną naszych czasów i kobiety od zarania dziejów stawały na głowie, aby zatrzymać oznaki starzenia się, niekoniecznie przy tym dbając o higienę w dzisiejszym rozumieniu tego słowa. Ich największą zmorą były oczywiście zmarszczki. Aby je wygładzić, wystarczyło nałożyć na twarz surowe białko jaja kurzego, które zastygało na skórze, tworząc gładką i lśniącą powłokę.

Z jajek przygotowywano również różnego rodzaju maseczki, które damy nakładały na twarz, szyję i dekolt w zaciszu domowym. Białko łączono z miodem i rozmaitymi ziołami o działaniu przeciwzmarszczkowym lub z papką z owsa i soku z cytryny, który miał rozjaśniać cerę i wywabiać przebarwienia. Z kolei piegi próbowano usuwać za pomocą rozpuszczonego w winie srebra. Środki zaradcze na plamy, trądzik i piegi oscylowały więc pomiędzy stosowaniem naturalnych specyfików i podejrzanych mikstur, często zawierających metale ciężkie. Bo o ile sok z cytryny lub woda różana nie mogły zaszkodzić, o tyle maseczki z rtęci, ałunu, miodu i jaj przynosiły więcej szkody niż pożytku.

Aby skóra była delikatniejsza, stosowano maseczki na bazie żelatyny i pasty chlebowej. Jeden z przepisów nakazywał na przykład dodać octu do papki z bułki tartej i białka, odstawić ją na dwa dni i po ich upływie wetrzeć w skórę. Jaki był efekt tego zabiegu, trudno powiedzieć. Skoro jednak kobiety go stosowały, musiał działać. Być może na zasadzie placebo.

Oprócz związków rtęci stosowanych w kosmetykach do pielęgnacji twarzy, w toaletce damy z epoki elżbietańskiej można było znaleźć preparat z tlenku wapnia i arszeniku, polecany do depilacji. Ówczesne kobiety dbały bowiem o regulację brwi i pozbywały się włosów z czoła, które zgodnie z obowiązującą modą miało być wysokie. A jeśli kolor włosów odbiegał od standardów lansowanych na dworze, rozjaśniano je sokiem z cytryny lub farbowano na żółto mieszaniną szafranu, kminku, glistnika i oleju. Problem niemodnego koloru włosów rozwiązywały również popularne w tym okresie peruki, nierzadko mocowane „klejem” z tłuszczu zwierzęcego, który miał tę wadę, że przyciągał insekty chętnie żerujące na ludzkim ciele.

Stosowanie kosmetyków zawierających nawet niewielkie ilości cynobru przyczyniało się do systematycznego zatruwania organizmu. Wikimedia Commons, H. Zell.

Większość specyfików używanych w kosmetyce była droga i trudno dostępna, więc mogły sobie na nie pozwolić jedynie przedstawicielki wyższych sfer, które dosłownie i w przenośni płaciły wysoką cenę za chęć poprawienia urody. Być może, znając zabójczy skład niektórych kosmetyków, damy zrezygnowałyby z ich stosowania. Ale czy potrafiłyby zrezygnować z makijażu? Bardzo wątpliwe. Zmieniają się czasy, zmieniają się obyczaje i zmienia się moda, lecz kobiety wciąż zdają się niezmienne – pragną się podobać.

1 Letycja Knollys była wnuczką Marii Boleyn. Kiedy bez zgody królowej poślubiła Roberta Dudleya, ta przepędziła małżonków z dworu. Smaczku całej historii dodaje fakt, że ostatnim faworytem królowej był młodszy od niej dwukrotnie syn Letycji z pierwszego małżeństwa, Robert Devereux.