Państwo na kredyt, czyli zadłużona monarchia Tudorów

Ilustracja z manuskryptu przedstawiająca pracę członków Sądu Skarbowego.

Deficyt budżetowy to pojęcie stare jak świat. Sztuka polega na tym, żeby tak zarządzać państwowym (albo domowym) budżetem, by utrzymać go w stanie względnej równowagi. Okazuje się, że kolejni monarchowie z dynastii Tudorów oraz ich doradcy różnie sobie z tym radzili. Bywało, że uciekali się do sposobu znanego także dziś – wysoko oprocentowanego kredytu.

Król-bankier egzekwuje stare długi

U schyłku średniowiecza gospodarką Europy wstrząsały gwałtowne zmiany: rosła skala produkcji, poszerzały się rynki zbytu, kwitło życie w miastach. Instrumenty finansowe szły za tymi zmianami i ułatwiały je, a pisemne umowy regulujące kupno towarów na kredyt czy weksle weszły do powszechnego użytku. Ludzie obchodzili obowiązujące prawa oraz nakładaną przez Kościół anatemę, jaka groziła za lichwę, a elity władzy kreowały wzrost popytu i kredytowanie towarów luksusowych. Codzienne zakupy, pożyczki, transakcje związane z ziemią albo spory prawne już wówczas odbywały się na terenie Anglii poprzez podpisane i opatrzone pieczęcią zobowiązania. W czasach rządów pierwszego władcy z dynastii Tudorów opanowały one dosłownie każdą dziedzinę życia.

Obejmując tron, Henryk VII postanowił zmienić sposób zarządzania budżetem Korony, korzystając z każdego dostępnego mu źródła dochodu, w tym praw feudalnych, grzywien nakładanych na mocy prawa karnego czy ściągania długów koronnych. Zachowane księgi oraz inne źródła pozwalają zrekonstruować sposób, w jaki wyprowadzał na prostą budżet kraju. Wielu historyków zwróciło uwagę choćby na powiązanie funkcji Sądu Skarbowego, który zajmował się wcześniej dochodami publicznymi, pozyskiwanymi głównie z podatków i ceł, z prywatnymi dochodami i wydatkami władcy w celu zapewnienia skonsolidowanych przychodów. Jednak Henryk miał jeszcze jednego asa w rękawie.

Efekty królewskiej polityki nie były ani dziełem przypadku, ani dowodem finansowego geniuszu Henryka, choć metody były niewątpliwie nowatorskie. Pamiętajmy, że spędził on czternaście lat na wygnaniu, zanim w 1485 roku zasiadł na tronie. Nie miał doświadczenia w zarządzaniu budżetem państwowym ani w pełnieniu obowiązków władcy. Miał jednak coś o wiele cenniejszego: doświadczenie życiowe, kontakty i „żyłkę” do finansów swojej matki, lady Małgorzaty Beaufort, która szybko przedstawiła mu kandydatów na najwyższe stanowiska w administracji finansowej. Dość powiedzieć, że niemal wszyscy związani byli z księstwem Lancaster – największymi i najlepiej zarządzanymi angielskimi dobrami. Zanim najsłynniejsi kandydaci, Richard Empson i Edmund Dudley, stracili głowy za zbyt gorliwe egzekwowanie długów, Henryk zdążył gruntownie opanować tajniki zarządzania finansami Korony. Rozkazał skrupulatnie studiować księgi w poszukiwaniu egzekwowalnych długów, zmienianych następnie w zobowiązania należne wobec Korony. Obywatele byli wściekli z powodu nagłej intensyfikacji należności, ale nie na tyle, żeby wszcząć „zorganizowany bunt”. Pierwszy król z dynastii Tudorów przestrzegał jedynie praw i zwyczajów istniejących od niepamiętnych czasów, tyle że na skalę dotychczas niewidzianą. Efekty pracy królewskich urzędników przełożyły się więc nie tylko na zapełnienie skarbca, ale przy okazji na wzrost szacunku do prawa i stabilnego państwa.

Richard Empson i Robert Dudley – ministrowie Henryka VII. Wikimedia Commons, domena publiczna.

Rozrzutny hazardzista, który gubił okulary

Po śmierci Henryka VII na tronie zasiadł jego syn, który odziedziczył po ojcu pełny skarbiec i świetnie funkcjonującą machinę finansów publicznych. Na początek uznał, że trzeba zaskarbić sobie sympatię poddanych. Pamiętał, że ojciec w 1506 roku anulował wszystkie długi w wysokości 40 szylingów i niższe, a także wypuścił z więzień tych, którzy odsiadywali za nie kary. On sam twierdził, że był od ojca „o wiele bardziej łaskawy i wyrozumiały”. Udzielając prawa do amnestii, wyszczególniał za każdym razem długą listę przewinień, które odpuszczał, w tym rozboje, gwałty, porwania kobiet, bunty, spiski czy włamania. Poddani byli zadowoleni, a Henryk nie musiał martwić się złym PR-em.

Problem w tym, że drugi z Tudorów był władcą rozrzutnym, lubiącym otaczać się pięknymi przedmiotami, a utrzymanie przynajmniej zerowego bilansu za jego panowania było iście karkołomną sztuką. Władca namiętnie grywał w karty, przez co trzeba było spłacać naprawdę spore długi, jakie nieustannie zaciągał. Podczas ostatnich pięciu lat panowania nadzorca wydatków z prywatnej szkatuły otrzymał na osobiste potrzeby monarchy prawie 250 tys. funtów, które wydano zgodnie z życzeniami Henryka. Przykładowo w 1542 roku król znudził się swoimi ubraniami i postanowił zamówić nową garderobę. Znalazły się w niej m.in. „szata z purpurowego atłasu z kołnierzem i rękawami wykończonymi futrem, ozdobiona 130 brylantami i 131 wisiorkami perłowymi […] w złocie, a w każdym wisiorku są cztery zielone perły”, nowy płaszcz ze „szkarłatnego aksamitu obszyty sobolim futrem” do wystąpień przed parlamentem oraz „trzy płaszcze do Orderu św. Jerzego; dwa z błękitnego aksamitu, a trzeci z purpurowego”. Henryk był głęboko wierzący, więc zamówił także szereg dewocyjnych precjozów, takich jak „figura Najświętszej Panienki stojącej na aniele, św. Edward trzymający w dłoni strzałę, ważący 33 uncje [1026 g]; złota figura św. Piotra z księgą i dwoma kluczami w dłoniach, stojącego na cokole ze złoconego srebra, o wadze 124 uncji [3857 g], figura św. Pawła z mieczem i księgą w dłoniach, ważąca 135 uncji [4199 g]”. Szastanie pieniędzmi – to mało powiedziane…

A wydatki publiczne? W 1513 roku wyniosły 700 tys. funtów, przy czym ponad 600 tys. pochłonęła wojna z Francją. Z okazji spotkania z królem Francji Franciszkiem I w 1520 roku, które trwało niemal trzy tygodnie i przeszło do historii pod nazwą Pola Złotogłowia, wydatki szły w dziesiątki tysięcy funtów. Z kolei w latach 1544–1545 księgi rachunkowe wykazywały ciągły debet, ponieważ na wojnę ze Szkocją i Francją przeznaczano rocznie ponad 740 tys. funtów. Uwzględniając koszty utrzymania dworu, misji dyplomatycznych oraz obsługi wielkich długów zaciągniętych w banku Fuggerów, straty ponad trzykrotnie przewyższyły w tych latach przychody. Inflacja z ostatniego dziesięciolecia, napędzana przez rządowe wydatki i psucie monety, sięgnęła 100%. Doradcy Henryka desperacko dążyli do rychłego zakończenia wojny, bo Anglia najzwyczajniej w świecie była bankrutem.

Na szczęście dla króla reformacja i likwidacja klasztorów podwoiła dochody skarbu państwa, a ziemie kościelne wyprzedawano po kosztach. W 1546 roku skarbnicy zdołali po wielu wysiłkach wyjść na plus i osiągnąć dochód w wysokości około 180 tys. funtów, a król radośnie uczcił to kolejnymi wielkimi zakupami, skrupulatnie odnotowanymi w rachunkach. W samym tylko marcu zamówiono u królewskiego złotnika Morgana Wolfa trzynaście przedmiotów ze złota i złoconego srebra, wśród których były misy, flakony i puchary. „Podręczną” gotówkę przechowywano w specjalnej komnacie pałacu westminsterskiego w kufrach, gdyby król potrzebował funduszy na bieżące wydatki. W kwietniu Henryk znów wpadł w szał zakupów. Zapisano, że 1 kwietnia „wyjęto z kufrów Jego Wysokości i przekazano na ręce sir Thomasa Cawardena 518 funtów 5 szylingów i 4 pensy”, następnego dnia „wyjęto przez Jego Wysokość Króla z rzeczonych kufrów 2000 funtów, […] tegoż dnia przyniesiono dla Jego Wysokości od kupców z racji niewywiązania się z dostawy wina 1536 funtów 5 szylingów i 8 pensów”, a 7 kwietnia „wyjęto z kufrów Jego Wysokości i przekazano na ręce sir Thomasa Cawardena 57 funtów 6 szylingów i 8 pensów”. Thomas Cawarden był od 1544 roku mistrzem ceremonii, a od 1546 roku skarbnikiem i mincerzem, więc zarządzanie kuframi Henryka należało do jego codziennych obowiązków. Przeznaczał także pieniądze na królewskie okulary, których Henryk potrzebował od 1544 roku i nosił na grzbiecie nosa. Sprowadzano je dla niego niemalże taśmowo, co rok, aż z Niemiec: „10 par okularów za 4 pensy od pary, 3 szylingi 4 pensy”. Dlaczego aż tyle? Przez dziesięć lat zdążył zapewne owe dziesięć par zgubić, skoro zamawiano je aż tak często.

Tomasz Gresham, doradca królowej Elżbiety. Wikimedia Commons, domena publiczna.

Katolicka i protestancka szkoła zarządzania – w kobiecym stylu

Maria Tudor, zwana Krwawą Marią, objęła tron Anglii w 1553 roku i od początku czekało ją trudne zadanie. Głęboko wierząca królowa postanowiła naprawić błędy ojca, więc w trakcie swoich rządów przywracała odebrane biskupom ziemie i dobra, a także anulowała kościelne długi wobec Korony, co w zaledwie pierwszym roku rządów kosztowało ją około 10 tys. funtów. W 1555 roku przywróciła prawo do pobierania pierwocin i dziesięciny. Być może nie odbiłoby się to aż tak mocno na królewskim skarbcu, gdyby nie to, że już wcześniej świecił on pustkami. Jej brat Edward VI pozostawił po sobie 185 tys. funtów długów. Roczne wydatki Korony w latach pokoju wynosiły ok. 138 tys. funtów, a przychody – ok. 132 tys. W 1555 roku zbiory były fatalne, ceny zboża miały wzrosnąć o połowę, a podatnicy wcale nie byli w nastroju do okazywania hojności. Mimo to królowej udało się w Parlamencie przeforsować wspomniane zmiany dla Kościoła 193 głosami do 126 oraz uzyskać pożyczkę w wysokości 180 tys. funtów. Niestety, nie udało jej się wyprowadzić państwa na prostą i pozostawiła siostrze pokaźny debet.

Jako królewna, Elżbieta dysponowała posiadłościami w Lincolnshire, które gwarantowały jej roczne dochody netto w wysokości 4646 funtów. Do 1603 roku rozdała niemal 1/4 w formie podarunków, sprzedała lub zamieniła, a pozyskała różnymi drogami, także drogą odbioru długów, posiadłości warte niewiele więcej. W roku objęcia przez nią tronu ziemie zarządzane przez skarbnika Korony przynosiły roczny dochód w wysokości ok. 66 tys. funtów; w trakcie swojego życia królowa sprzedała posiadłości dające rocznie przychody w wysokości ok. 25 tys. funtów, nadała ziemie dające przynajmniej 8,6 tysięcy funtów, a także przejęła liczne dobra. Wstępując na tron w 1558 roku, królowa odziedziczyła po siostrze dług w wysokości 227 tys. funtów, a mimo to przez lata rządów Elżbieta wykazywała nadwyżkę budżetową i do 1576 roku spłaciła większość odziedziczonych długów. W latach 80. doskonale zarabiała, inwestując w wyprawy korsarskie, i gdyby nie wojny, jakie toczyła dwie dekady później, nic nie byłoby w stanie naruszyć tej równowagi. Elżbieta musiała odziedziczyć trochę talentu biznesowego po dziadku i prababce, ponieważ z pewnością nie była rozrzutną władczynią. Wydawała ostrożnie i wierzyła w żelazne zarządzanie budżetem. Jej doradca, Tomasz Gresham, już na początku rządów jasno dał swojej władczyni do zrozumienia, że Henryk VIII nie miał dobrej opinii wśród europejskich kredytodawców ze względu na zwyczaj psucia monety. Co więcej, w 1560 roku naciskał on na reformy wewnętrzne, które miały umożliwić królowej zaciąganie pożyczek w Anglii w miejsce wysoko oprocentowanych pożyczek zagranicznych.

W końcu 1574 roku Elżbieta mogła ogłosić, że od 1558 roku po raz pierwszy Anglia nie jest pod kreską. Poczucie finansowej stabilizacji wyraźnie dał do zrozumienia sir Walter Mildmay w wystąpieniu w Parlamencie w 1576 roku, krytykując królową Marię oraz podkreślając, że Elżbieta „odziedziczyła kraj żałośnie przytłoczony jarzmem papiestwa, niebezpiecznie targany wojną i poważnie dotknięty długami, których ciężar wspomnieć należy ze smutkiem”. Mildmay podkreślił zasługi Elżbiety w wyprowadzeniu Anglii na prostą oraz to, że – jak byśmy to ujęli dzisiaj – Korona uzyskała najlepszy w historii rating zarówno wśród miejscowych, jak i zagranicznych instytucji udzielających pożyczek. Niestety, dobra passa nie trwała wiecznie. Katastrofy naturalne pustoszyły Anglię i Walię, a w latach 90. kiepskie zbiory poważnie nadszarpnęły gospodarkę kraju. W 1600 roku wydatki sięgnęły 459 840 funtów, z czego większość stanowiły rachunki za toczone wojny: dług wobec dostawców oraz obniżonej wartości monety, jakimi Anglia płaciła irlandzkiej armii. Po śmierci Elżbieta pozostawiła dług państwowy w wysokości 350 tys. funtów. Czy to faktycznie dużo, jeśli weźmiemy pod uwagę, że panowała przez 45 lat?

Wierzycieli męża tanio sprzedam

Nie tylko władcy biedzili się nad tym, jak dopiąć budżet. Zwykli obywatele mieli ten sam problem – i korzystali dokładnie z tych samych narzędzi, zadłużając się i pożyczając na procent. Kontrakty i zobowiązania zawierane w czasach Tudorów często obejmowały poręczyciela, a także zawierały zapisy o karze za niewywiązanie się ze spłaty lub jej brak w terminie, stanowiąc pierwowzór współczesnych instrumentów debetowych i kredytowych. Przykładowo w roku 1478 wdowa po kupcu londyńskim otrzymała w spadku po mężu 29 takich kontraktów, które planowała sprzedać. Zgodnie z jego życzeniem miała najpierw zaoferować dokumenty dwóm kupcom, a jeśli oni nie wyraziliby zainteresowania, wówczas mogłaby sprzedać je drobnemu handlarzowi (handlującemu np. rybami). Mąż zastrzegł jednak, że ci dwaj mogliby nabyć długi wyłącznie „po tej samej cenie, uczciwej, w równej liczbie”. Przykład ten doskonale ilustruje sposób postrzegania zobowiązań dłużnych: jako wiążących nawet po śmierci dłużnika, negocjowalnych, mających moc prawną, zamiennych i wszechobecnych.

Fragment ilustrowanego manuskryptu ukazujący królewskich ławników przy pracy. Wikimedia Commons, domena publiczna.

Dług po wsze czasy nieważny

Pierwszym słabym punktem kontraktów, problematycznym dla wierzyciela, było udowodnienie w sądzie autentyczności posiadanego dokumentu. W Anglii oraz na północy Francji służyły do tego pieczęcie, ale na terenie większości Europy autentyczność dokumentów potwierdzał notariusz. Problem pojawiał się, jeśli pieczęć odpadła z dokumentu – Sąd Ławy Królewskiej w 1527 roku stwierdził, że kontrakt mógł wówczas zostać uznany za bezwartościowy. Skradziona lub zgubiona pieczęć przypominała dzisiejsze przypadki kradzieży tożsamości. Z kolei drugim słabym punktem kontraktów, katastrofalnym w skutkach dla dłużnika, był problem udowodnienia, że zobowiązanie spełniono. Paradoksalnie, mimo swojej długiej historii, nie powstały procedury umożliwiające anulowanie kontraktu. Zdarzało się, że wierzyciel wypierał się otrzymanej płatności lub dłużnik nie otrzymał dokumentu. Bez tego lub bez pisemnego potwierdzenia od wierzyciela, że kontrakt jest „po wsze czasy nieważny i pozbawiony wszelkiej mocy”, był na straconej pozycji.

W czasach Tudorów kontrakty najczęściej spisywano w krótkiej i prostej formie zobowiązania. Dziś umowy, których stały się pierwowzorem, mają postać wielostronicowych, niezrozumiałych bez znajomości prawniczego żargonu tekstów, w dodatku naszpikowanych prawnymi kruczkami, a za lichwę od dawna nie grożą ani wysokie grzywny, ani kościelne klątwy. Pod pewnymi względami niewiele się jednak zmieniło: wciąż narzekamy na galopującą inflację, wysoki deficyt budżetowy czy nieustannie podnoszone podatki. Żyjący za panowania królowej Marii Tudor ksiądz i poeta William Forrest w 1540 roku poczynił następujące obserwacje, które chyba na zawsze pozostaną aktualne: „Świat odmienił się tak, że niepodobna uwierzyć i nie ku lepszemu zmiany te idą, lecz wiele gorszemu… Bogatym lepiej się dzieje, ale ludowi powszechnemu coraz większa niedola nastała…”.