Ogień w kokpicie

Andrew Chaikin, Człowiek na Księżycu. Wydawnictwo Astra 2021

Gdy pełny i lśniący Księżyc wschodzi nad atlantyckim wybrzeżem Florydy, można odnieść wrażenie, że jest tak blisko, że wystarczy popłynąć łodzią przez wodę i go dotknąć. W styczniu 1967 roku Księżyc z dnia na dzień wydawał się coraz bardziej zbliżać do twardych i płaskich plaż przylądka Kennedy’ego. Z tej perspektywy nie był już jednak tylko przyczyną pływów, latarnią zakochanych i obiektem uwielbienia w pieśniach. Był celem, podniebnym przyczółkiem zimnej wojny. To był Księżyc NASA.

Minęło już niemal sześć lat, odkąd John F. Kennedy wyznaczył zadanie wylądowania na Księżycu przed końcem dekady. Program księżycowy rozrósł się i zyskał skalę złożoności, przy których nawet Projekt Manhattan wyglądał na karzełka. W całym kraju w zakładach podwykonawców nad księżycowymi statkami Projektu Apollo pracowało czterysta tysięcy osób. Jednocześnie spektakularnie dobiegał końca Program Gemini. Te dwuosobowe misje stanowiły pomost między pionierskimi lotami Mercury i wyzwaniem, jakim było lądowanie na Księżycu. Pierwszy raz w wyścigu na Srebrny Glob Stany Zjednoczone wydawały się wyprzedzać Związek Radziecki. Pierwszy załogowy lot orbitalny statku Apollo zaplanowano na połowę lutego i wszystko zmierzało w kierunku spełnienia wizji Kennedy’ego. Pewnego wieczoru pod koniec stycznia ten rosnący optymizm został jednak nagle i brutalnie sprowadzony na ziemię.

Załoga Apollo 1: Virgil Grissom, weteran lotów Mercury i Gemini, Edward White, pierwszy Amerykanin, który odbył spacer kosmiczny, i Roger Chaffee, zdolny, energiczny nowicjusz.
© NASA.

27 stycznia 1967 roku
Strefa startowa Merritt Island,
Centrum Kosmiczne imienia Johna F. Kennedy’ego
Przylądek Kennedy’ego, Floryda

– Jak mamy dolecieć na Księżyc, skoro nie potrafimy się nawet komunikować między budynkami?
Głos Virgila „Gusa” Grissoma był niski i spokojny, ale wyraźnie pobrzmiewała w nim irytacja. Jako starszy astronauta i weteran dwóch misji kosmicznych Grissom został dowódcą pierwszego załogowego lotu Apollo, zaplanowanego na luty 1967 roku. Tego ciepłego styczniowego popołudnia Grissom i jego załoga – astronauta weteran Edward White i nowicjusz Roger Chaffee – uczestniczyli w symulowanym odliczaniu, będącym jednym z rutynowych testów poprzedzających każdą misję. Byli zamknięci wewnątrz stożkowatego modułu dowodzenia Apollo 1, wysoko na szczycie wielkiej rakiety Saturn 1B, ustawionej na platformie startowej numer trzydzieści cztery, jednego z licznych kompleksów startowych zbudowanych wzdłuż plaży przylądka Kennedy’ego. Słowa Grissoma dotarły do około dwustu osób z ekipy startowej, siedzących wewnątrz betonowego bunkra, tak zwanego blokhauzu Saturna, kilkaset metrów dalej. Przy konsoli komunikatora kapsuły – zwanej „Stony” – młody astronauta nowicjusz Stuart Roosa bezskutecznie próbował odpowiedzieć.
– Apollo jeden, tu Stony, jak mnie słyszcie?
W 1967 roku astronautów było już tak wielu, że Grissom i Roosa ledwie się znali, młody adept słyszał jednak w głosie Grissoma z trudem tłumione rozdrażnienie:
– Nie rozumiem ani słowa. Jezu… mówiłem, że nie wiem, jak mamy polecieć na Księżyc, skoro nie możemy porozumieć się między dwoma czy trzema budynkami.
Wszyscy, którzy znali Grissoma, wiedzieli, że należy go traktować poważnie. Mały i silny, znany był ze swojej ogromnej chęci współzawodnictwa. Podczas wojny koreańskiej, gdy był młodym pilotem myśliwskim, lotnicy dojeżdżali z hangaru na płytę lotniska starym autobusem szkolnym. Siedzieć mogli tylko ci, którzy mieli na koncie walkę w powietrzu. Piloci bez zainicjowanego starcia musieli stać. Grissom stał tylko raz. Tę samą pchającą go do przodu determinację przeniósł także na swoją karierę kosmiczną, jako jeden z astronautów Mercury z grupy określanej mianem „Pierwszej Siódemki”. Nawet wśród elity lotników tych siedmiu cieszyło się statusem niemal królewskim. Mimo wewnętrznej rywalizacji łączyła ich także wyjątkowa więź, która wynikała z faktu, że byli pierwszymi Amerykanami, którzy polecieli w kosmos. Wszystkie działania „Siódemki” napędzane były współzawodnictwem: od latania samolotami, przez improwizowane wyścigi samochodowe na prostych drogach Florydy, po przygody w klubach nocnych Cocoa Beach. Grissom zawsze gorliwie uczestniczył w tych zmaganiach. Nawet jednak wśród astronautów mało kto znał Grissoma. Był samotnikiem wśród samotników.

Logo misji. © NASA.

W 1967 roku Grissom znajdował się na szczycie listy aktywnych astronautów, lecz początki jego przygody były pechowe. Jego pierwszy kosmiczny lot, suborbitalna misja Mercury, niemal zakończył się katastrofą, gdy właz maleńkiego statku kosmicznego „Liberty Bell 7” został przedwcześnie odstrzelony po wylądowaniu w Atlantyku. „Liberty Bell 7” zatonął i Grissom ledwie uszedł z życiem. Utrzymywał, że przyczyną była usterka, która spowodowała samoczynne odstrzelenie włazu1, lecz w gronie dziennikarzy, w NASA i wśród samych astronautów pozostały pewne wątpliwości. Doprowadzały go zresztą do furii. Walczył o odzyskanie reputacji. W 1965 roku, po tym, jak wspomagał projektowanie dwuosobowego statku kosmicznego Gemini, został dowódcą podczas jego pierwszego udanego lotu. Teraz, mając czterdzieści lat i spędziwszy ostatni rok z okładem na intensywnych pracach rozwojowych oraz testach modułu dowodzenia Apollo, miał ponownie pełnić funkcję dowódcy w trakcie jego dziewiczego lotu na orbitę. Dowodzenie pierwszym lotem nowego statku kosmicznego zawsze było wyjątkowym przydziałem, nie na tym jednak zależało Grissomowi. Najbardziej pożądał lądowania na Księżycu. Bardziej niż czegokolwiek innego pragnął być pierwszym człowiekiem na Srebrnym Globie.
Dwudziestego siódmego stycznia Księżyc wydawał się jednak bardzo odległy. Od kilku miesięcy Grissom pomagał w przygotowaniach statku do misji i był coraz bardziej niezadowolony z obrotu spraw. Gdy pojawiły się problemy inżynieryjne, naciskał na wprowadzanie lepszych rozwiązań, opierając się na swoim doświadczeniu z programów Mercury i Gemini. Wydawało się jednak, że nikt go nie słucha. Podczas wywiadu przyznał, że doprowadzało go to do złości i wytrącało z równowagi. Gdy w sierpniu 1966 roku moduł dowodzenia Apollo 1 opuścił fabrykę w Downey w Kalifornii, nadal miał liczne usterki, w tym wiele poważnych. Co gorsza, źródłem stałych problemów był także symulator modułu dowodzenia na przylądku2. Zaledwie kilka dni wcześniej Grissom powiesił na nim wielką teksańską cytrynę, okazując w ten sposób swoją frustrację. Dziś jego cierpliwość raz jeszcze wystawiana była na próbę podczas testu obciążonego wieloma problemami. Mimo frustracji Grissom dążył do tego, aby Apollo 1 poleciał w kosmos zgodnie z harmonogramem. I nie dlatego, że był niecierpliwy – nie przeżyłby tyle lat, będąc lekkomyślnym – ale dlatego, że problemów należało spodziewać się w każdym nowym programie z pojazdami latającymi. Zarówno z samolotami, jak i – zwłaszcza – ze statkami księżycowymi.

Moduł dowodzenia podczas przygotowania do instalacji pokrywy żaroodpornej przedziału załogowego. © NASA.

Dzisiejsze symulowane odliczanie nie było niczym nowym. Nie uważano tego testu za niebezpieczny. W rakiecie Saturn nie było paliwa. Test nie miał być nawet trudny. Problemy pojawiały się jednak niemal od samego początku, gdy Grissom z załogą wspięli się do kabiny modułu dowodzenia około godziny trzynastej. Po pierwsze, tlen, którym oddychali, miał dziwny zapach, przypominający Grissomowi woń zsiadłego mleka. Już samo to spowodowało opóźnienie testu o godzinę. Wreszcie problem rozwiązano i o czternastej czterdzieści pięć ekipy na platformie zainstalowały ciężki, dwuczęściowy właz modułu i uszczelniły go3. Statek wypełniono czystym tlenem, dokładnie tak, jak miało się to odbyć w dniu startu. Wówczas pojawił się problem z komunikacją. Późnym popołudniem Roosa był w stanie porozumiewać się z astronautami w zapieczętowanym statku, ale trudno było nawiązać połączenie głosowe z budynkiem operacji załogowych, oddalonym o niemal dziewięć kilometrów. W blokhauzie kontrolerzy rozważali przerwanie testu. Zdecydowano się jednak na kontynuowanie.

Kabina modułu dowodzenia z otwartą zewnętrzną częścią włazu. © NASA.

Siedzący obok Roosy przy konsoli Stony Donald „Deke” Slayton słuchał rozmów techników starających się naprawić wadliwy system komunikacyjny4. Slayton miał wówczas czterdzieści trzy lata. Od pewnego czasu był już w cywilu, nadal jednak zachowywał tę poważną ciszę, tak charakterystyczną dla młodego pilota myśliwskiego sił powietrznych. Także należał do „Siódemki” i był jednym z najlepszych przyjaciół Grissoma, lecz ich losy potoczyły się zupełnie inaczej. Grissom był już weteranem dwóch misji kosmicznych, podczas gdy Slaytona w 1962 roku uziemiła niewielka wada serca i nadal oczekiwał na swoją szansę na lot. Obecnie pełnił funkcję szefa wydziału operacji załogowych w Ośrodku Załogowych Statków Kosmicznych i jego zadaniem było nadzorowanie udziału astronautów w tego typu testach.
Donald Slayton doskonale wiedział, że Grissom był niezadowolony z postępów. Tego ranka zjadł z nim oraz z jego załogą śniadanie, w którym uczestniczył także Joe Shea, stanowczy kierownik NASA, odpowiedzialny za prace nad modułem dowodzenia. Omówili całą litanię problemów ze statkiem Grissoma: usterki w systemie kontroli środowiska, wycieki czynnika chłodzącego, nieprawidłowe okablowanie. Grissom narzekał na problem komunikacyjny, który pojawiał się niemal przy każdym teście.
– Jeśli nie wierzysz – mówił do Joego – powinieneś wejść tam z nami.

Wnętrze modułu dowodzenia po pożarze. © NASA.

Joe Shea odmówił, ponieważ nie było pewności, czy technicy zdołaliby na czas podłączyć dodatkowy zestaw słuchawkowy. Slayton jednak zastanawiał się nad tym. Bez skafandra mógł się zmieścić w dolnym przedziale sprzętowym modułu dowodzenia, umieszczonym pod oparciami na nogi. Około południa nadal rozważał tę kwestię, podczas gdy Grissom, White i Chaffee zakładali skafandry. Slayton pojechał z nimi furgonetką na platformę startową numer trzydzieści cztery i gdy tam przybyli, podjął decyzję. Powiedział Grissomowi, że bardziej przyda się w blokhauzie, gdzie będzie mógł sprawować kontrolę nad testem. Jeszcze po latach zastanawiał się, czy dokonał właściwego wyboru5.
Wieczorem, gdy nad bagnami zrobiło się już ciemno, technicy nadal zmagali się z niesprawną komunikacją. Włączyły się jupitery, zalewając olbrzymią rakietę Saturn białym światłem. Jednocześnie następowały po sobie kolejne etapy odliczania. Apollo 1 działał teraz na własnym zasilaniu, dokładnie tak, jak miało to wyglądać w ostatnich minutach przed startem. Problemy komunikacyjne pozostawały jednak nierozwiązane i o czasie T minus dziesięć minut dyrektor testu zarządził przerwę w odliczaniu.
O osiemnastej trzydzieści jeden, w jedenastej minucie przerwy, Slayton przeglądał harmonogram testów i wtedy usłyszał krótki, przerywany komunikat z Apollo 1. Brzmiało to jak „Pożar!”.

Przypisy
1 W książce Schirra’s Space (s. 75) Walther Schirra podkreśla, że podczas swojej misji Mercury specjalnie wysadził właz po tym, jak jego statek kosmiczny został podniesiony na pokład ratunkowego lotniskowca. Odrzut uchwytu uruchamiającego był tak gwałtowny, że przeciął rękę Schirry razem z rękawicą skafandra. Grissom nie odniósł na ciele nawet najmniejszych obrażeń – co mocno przemawia na jego rzecz.
2 W statku Grissoma wprowadzano tak wiele zmian, że załogi symulatora nie nadążały za nimi. W rezultacie symulator nigdy precyzyjnie nie odzwierciedlał konfiguracji prawdziwego modułu dowodzenia. Jednocześnie częstym zmianom podległo oprogramowanie komputera symulatora, a częste błędy powodowały awarie symulatora (Murray, Cox, Apollo: The Race to the Moon, s. 186).
3 Sekwencja wydarzeń pochodzi z raportu Komisji Kontrolnej Apollo 204, rozdział 4.
4 Przydatnym źródłem opisującym działania Slaytona przed pożarem, podczas pożaru i po pożarze były jego zeznania przed Komisją Kontrolną Apollo 204, złożone 8 lutego 1967 roku, oraz tekst The Ten Desperate Minutes, „Life”, 21 kwietnia 1967 roku.
5 Slayton myślał, że być może zdołałby zauważyć iskrę, którą uważano za źródło ognia, i zgasić ją, zanim cokolwiek by się wydarzyło. Z perspektywy czasu to wydaje się mało realne, zważywszy na szybkość, z jaką rozprzestrzenił się pożar.

Andrew Chaikin fragment książki Człowiek na Księżycu. Wydawnictwo Astra 2021