Spalenie na stosie Anny Askew

jane

Alison Weir, Lady Jane. Niewinna zdrajczyni, Wydawnictwo Astra 2013

16 lipca 1546 roku, Smithfield

Na środku łąki stoją dwa potężne stosy drewna ze zwisającymi z nich żelaznymi łańcuchami. W pobliżu piętrzą się wielkie sterty chrustu. Mężczyzna, bez wątpienia kat, ubrany w skórzany fartuch i maskę, trzyma zgaszoną pochodnię. W palenisku za nim płonie ogień. […] Po chwili wózek wiozący Annę Askew i Jana Lascellesa powoli przetacza się przez tłum ludzi. Kiedy Anna zostaje niezbyt delikatnie podniesiona, przywiązana do krzesła i wniesiona na stos, nie sposób nie zauważyć, że jej ramiona i nogi zwisają bezwładnie. […] W tej chwili kat wiesza na szyi skazanej torebkę z szarego sukna […].

Na szczycie wzgórza wznosi się stara gotycka katedra św. Pawła, przy której rozpościera się Paul’s Churchyard, pełna stoisk z książkami. Tutaj chcę zatrzymać się dłużej i błagam Ellen, by kupiła mi tanią broszurkę z historią nieszczęśników Palamona i Arcite’a, zakochanych w tej samej kobiecie. Zrezygnowana piastunka obiecuje spełnić prośbę, wiedząc, że tylko w ten sposób skłoni mnie do odejścia stamtąd.

Mijamy teraz wielki barbakan, ufortyfikowaną bramę w murze opasującym City.

– Daleko jeszcze? – dopytuje Katarzyna. Jesteśmy już dość zmęczone i wydaje się, że przeszłyśmy kilka mil.

– Jesteśmy prawie na miejscu – odpowiada Ellen. Opuściłyśmy już centrum miasta, lecz nadal towarzyszą nam tłumy, podążające w tym samym kierunku. Wśród nich są uliczni sprzedawcy i domokrążcy.

– Dokąd zmierzają ci ludzie? – Ellen zwraca się do cukiernika.

– Jakże to, wszyscy oczywiście idą do Smithfield, pani – odpowiada zagadnięty.

– Na jakiś turniej? – wypytuje z nadzieją opiekunka. – To byłoby wspaniałe widowisko!

– Gdzie tam! – śmieje się mężczyzna. – Idziemy oglądać stosy.

– Stosy?

– A tak. Będą palić heretyków, Annę Askew i Jana Lascellesa…

Plan Smithfield z około 1561 roku. © Wikimedia Commons, Stephencdickson.

Plan Smithfield z około 1561 roku. © Wikimedia Commons, Stephencdickson.

Pani Ellen wygląda na przerażoną. Przypominam sobie jej opowieść: kiedyś już była świadkiem palenia skazańców na stosie i mówiła, że nigdy nie chciałaby oglądać tego ponownie.

– Dziewczęta, jeśli się pospieszymy – mówi – może nas to ominie. Ale okna domu siostry wychodzą na Smithfield i nie znam innej drogi niż ta, którą idziemy. Jeśli przyspieszymy kroku, możemy dojść na miejsce przed rozpoczęciem egzekucji. Chcę oszczędzić wam, dzieciom, takiego widoku. Chodźcie, chodźcie, nie ociągajcie się.

Chwyta nas mocno za ręce i przeciska się przez tłum.

Robi mi się niedobrze. Wiem, że stos to kara za herezję. Kiedyś oparzyłam palec płomieniem świecy, więc wyobrażam sobie, że musi to być straszliwy rodzaj śmierci i wcale nie chcę jej oglądać.

Katarzyna również drży i boi się. Ma zaledwie sześć lat i jest zbyt mała, by przebywać w takim miejscu. Błaga, żebyśmy wróciły do domu.

Za późno. Tłum napiera i wypełnia Smithfield, nie mogąc doczekać się widowiska. Ludzka rzeka porywa nas swoim nurtem, my zaś rozpaczliwie staramy się trzymać razem, niezdolne przystanąć ani zawrócić w obawie przed uduszeniem w tłoku. Popychane i poszturchiwane, zostajemy wepchnięte niemal do przednich rzędów ciżby i uświadamiamy sobie z przerażeniem, że napór ludzi odbiera nam wszelką nadzieję ucieczki.

– Trzymajcie się razem, dziewczynki! – woła pani Ellen. – Nie puszczajcie moich rąk, słyszycie?

Na środku łąki stoją dwa potężne stosy drewna ze zwisającymi z nich żelaznymi łańcuchami. W pobliżu piętrzą się wielkie sterty chrustu. Mężczyzna, bez wątpienia kat, ubrany w skórzany fartuch i maskę, trzyma zgaszoną pochodnię. W palenisku za nim płonie ogień. Na ten widok czuję wstrząsający dreszcz. Po przeciwnej stronie, w pewnym oddaleniu od stosów, na ławie siedzą Lord Mayor Londynu z radnymi miejskimi i szeryfami oraz dwóch biskupów. Wszyscy mają być świadkami egzekucji.

– Dziewczynki, kiedy stosy zapłoną, radzę wam zamknąć oczy albo odwrócić się tyłem, o ile będziecie mogły – napomina ze strachem w głosie pani Ellen. – Cóż za przykra sytuacja. Bóg jeden wie, co lady, wasza matka, na to powie.

– Za pozwoleniem – odzywa się otyła niewiasta, którą tłum wepchnął na miejsce tuż obok. Ubrana w ubogi, samodziałowy strój, ma czerwone oblicze, pod którym piętrzą się fałdy podbródka. – Małe powinny to zobaczyć. Rzesza ludzi przyprowadza dzieciaki, żeby im pokazać, co spotyka podłych heretyków. Mają być przykładem dla wszystkich.

– Być może, ale nie pytałam cię o zdanie – mruczy w odpowiedzi pani Ellen. – Palenie ludzi na stosie nie jest widokiem dla dzieci, a to szlachetnie urodzone dziewczęta. Choć wiedzą, czym jest herezja, nie raduje ich cierpienie bliźnich. Nie jesteśmy tu z własnej woli, po prostu nie zdołamy przedrzeć się przez tłum.

Spalenie na stosie Anny Askew. © Wikimedia Commons.

Rycina ukazująca spalenie na stosie Anny Askew. © Wikimedia Commons.

Kobieta wzrusza ramionami. Interesują ją tylko wydarzenia rozgrywające się na łące.

– Niezła pogoda na stosy – zauważa stojący za nami mężczyzna. – Nie wieje za mocno.

– Tym lepiej dla skazanych – dorzuca jego żona. – Czy tym razem użyją prochu?

– Bo ja wiem? Mam nadzieję, to byłaby lżejsza śmierć dla tych biedaków. Trzeba spróbować potem kupić kopię jej ostatniego zeznania. Tamten człowiek je sprzedaje.

– Będziesz miał szczęście, jeśli do tego czasu jakieś mu jeszcze zostaną.

– To prawda, zwłaszcza że złożyła je na torturach, przynajmniej tak ludzie mawiają. Słyszałem, że Lord Kanclerz Wriothesley własnoręcznie obracał uchwyty krosna, gdy nie chciała odpowiadać.

Prawda tego stwierdzenia objawia się w chwili, gdy wózek wiozący Annę Askew i Jana Lascellesa powoli przetacza się poprzez tłum ludzi. Kiedy Anna zostaje niezbyt delikatnie podniesiona, przywiązana do krzesła i wniesiona na stos, nie sposób nie zauważyć, że jej ramiona i nogi zwisają bezwładnie. Jednak twarz kobiety, wychudła i blada po długich miesiącach uwięzienia, wymizerowana przeżytym cierpieniem, wydaje się niemal radosna w obliczu nadchodzącego kresu męczarni. Skazana wygląda na łagodną, miłą i skromną osobę.

– Czy ona naprawdę pójdzie do piekła, jak wszyscy heretycy? – pytam panią Ellen.

– No cóż, dziecko – odpowiada ostrożnie opiekunka – mówi się, że cierpienie w płomieniach tu, na ziemi, daje heretykowi przedsmak ognia piekielnego i może go nakłonić do skruchy, zanim będzie za późno.

– A jeśli wyrazi skruchę, ogień zostaje ugaszony?

– Nie zawsze. Często bywa za późno. Nie słyszałam też, by wielu skazanych wypierało się swoich poglądów.

Jeden z portretów lady Jane Grey. © Wikimedia Commons.

Jeden z portretów lady Jane Grey. © Wikimedia Commons.

Mogę to zrozumieć. Ból musi być tak okropny, że pewnie nie da się myśleć o niczym innym.

Kat właśnie przykuwa łańcuchami Annę Askew, nadal siedzącą na krześle, do stosu. Mężczyzna, Lascelles, został już przywiązany do drugiego, a kilku żołnierzy układa wokół niego wiązki chrustu. Wkrótce sterta sięga mu do pasa. Podobnie obkładają chrustem również kobietę. Mężczyzna łka ze strachu, ona zaś jest spokojna i zwraca oczy ku niebu. Najwyraźniej wierzy, że zmierza wprost do Boga.

– Co złego zrobiła? – pyta Katarzyna.

Pani Ellen pochyla się:

– Jest podłą protestantką. Odrzuca wiarę w cud mszy świętej.

Katarzyna wygląda na zdziwioną. Znowu zapomniała o naukach kapelana. Piastunka tłumaczy więc dalej:

– Ta kobieta zaprzecza, że wino i chleb podczas podniesienia przez kapłana przemieniają się w rzeczywiste ciało i krew Pana Jezusa. Wierzy, że ma to znaczenie wyłącznie symboliczne.

W tej chwili kat wiesza na szyi skazanej torebkę z szarego sukna.

– To worek z prochem – wyjaśnia stojący z tyłu mężczyzna. – Dzięki temu szybko zakończy życie.

Tłum wydaje zbiorowe westchnienie i cichnie, gdy oprawca podpala chrust. Słyszę lekki trzask płomieni i głos księdza recytującego modlitwy za konających.

Nie chcę tego oglądać, chociaż odczuwam nieodparty przymus. Stosy przykuwają mój wzrok, jak gdybym nie mogła się im oprzeć. Obok mnie pani Ellen pochyla głowę w modlitwie, a Katarzyna kryje twarz w fałdach spódnic piastunki, przywierając do niej z całej siły. Wpatruję się nieruchomym wzrokiem w podskakujące płomienie. Mężczyzna, którego ubrania zajęły się ogniem, krzyczy z bólu, lecz Anna Askew niewzruszenie siedzi na krześle, na pozór nie zważając na wzbierającą wokół pożogę. Wreszcie i ona zaczyna skręcać się z bólu, lecz jej katusze nie trwają długo. Wkrótce proch wybucha kulą oślepiającego blasku i gryzącego dymu, a kiedy jego kłęby się rozwiewają, staje się oczywiste, że pozostała po eksplozji odrażająca masa zwęglonego ciała i kości nie ma już nic wspólnego z żywą istotą. Ledwie mogę znieść ów widok, jednak nadal zmuszam się do obserwowania. Na drugim stosie mężczyzna osunął się w przód, jęcząc żałośnie, podczas gdy ogień dokonuje straszliwego dzieła. Po niedługim czasie ledwie można dojrzeć oba ciała za wysokimi kurtynami płomieni. Wokół rozchodzi się przyprawiający o mdłości odór przypalonego mięsa.

Niektórzy ludzie szydzą z heretyków, inni okrzykami dodają im otuchy w męce, są nawet tacy, którzy wiwatują na ich cześć. Nieliczni, będący w mniejszości, przymykają oczy w modlitwie. Kiedy odwracam głowę, nie mogąc dłużej patrzeć na makabryczną scenę, dostrzegam handlarzy żywnością, torujących sobie drogę za plecami tłumu gapiów, a także ludzi sprzedających broszurki traktujące o parze heretyków. U mojego boku Katarzyna kwili z przerażenia, a pani Ellen tuli ją do siebie, skrytą w fałdach spódnic. Płomienie wciąż nie słabną.

Wkrótce nie ma już czego oglądać, a kat przystępuje do rozgrzebywania stert kości przemieszanych z popiołem.

Fragment powieści historycznej
Alison Weir: Lady Jane. Niewinna zdrajczyni.
Tłumaczenie: Adam Tuz
Wydawnictwo Astra 2013