Sodoma i Gomora – co średniowieczni krakowianie robili w łaźniach?

Średniowiecze nie było, wbrew powszechnie panującemu stereotypowi, epoką brudu. W zakonach dbano o to, aby przed modlitwą czy posiłkiem umyć ręce i twarz, a do łaźni chętnie chadzały i koronowane głowy, i prości rzemieślnicy. I bynajmniej nie po to, by zażywać tam wyłącznie rozkoszy kąpieli.

Średniowieczni krakowianie myli się dokładnie raz w tygodniu, poza tym codziennie wypadało umyć twarz i ręce. Higiena była ważnym elementem zdrowego stylu życia. Ówcześni medycy, idąc za poradami szkoły salernitańskiej, zalecali pacjentom codzienną higienę:

Oczy zimną przemyjesz wodą, ręce schłodzisz
Wstawszy, a potym sobie umyciu pochodzisz.
Członki przeciągniesz, głowę sczeszesz, ochędożysz
Zęby, ba i oskrobiesz. Tym niezdrowie złożysz.

Królowa Jadwiga obmywa swojego wnuka, Bolesława Rogatkę. Wikimedia Commons, domena publiczna.

Nie ograniczano się jedynie do odmoknięcia w ciepłej wodzie – myto się ługiem, później także mydłem – w XIV wieku w okolicach Płocka działali już pierwsi mydlarze. Popularna była praktyka pakowania przybywającego z daleka gościa do balii, dobrze widziane było zaprosić do łaźni rzemieślnika, służącego czy robotnika w ramach napiwku czy premii. Regularnie myli się nie tylko zamożni, ale i ludzie niższych stanów, a najbiedniejsi korzystali z darmowych wizyt w łaźni, zapisywanych im w testamentach przez bogaczy, chcących takim uczynkiem zapewnić sobie zbawienie duszy. Do osób, których za żadne pieniądze łaziebnik nie wpuszczał do swojego przybytku, należeli włóczędzy, prostytutki czy trędowaci. Przykładni obywatele mogli za to biegać do łaźni właściwie codziennie z wyjątkiem niedziel i świąt. Zdarzały się jednak przypadki osób, które w trosce o zbawienie duszy umartwiały swoje ciała, czego przykładem może być choćby Kinga, żona Bolesława Wstydliwego, księcia krakowskiego i sandomierskiego, która „gdy ją z urody chwalono, brukała twarz i mazała”. Co więcej, „nigdy nie zażywała ulgi w kadzi lub w łaźni, ani też żadną wodą nie obmywała twarzy, jak tylko przy okazji komunii albo w wielkiej potrzebie”. Być może właśnie dzięki takim postaciom uparcie pokutuje mit, jakoby ludzie średniowiecza zarastali brudem i unikali kąpieli niczym diabeł święconej wody.

Kobieca toaleta, XVI-wieczna kopia obrazu nieznanego artysty niderlandzkiego. Wikimedia Commons, domena pbliczna.

Wino, kobiety i śpiew

W średniowieczu łaźnie były stałym elementem miejskiej codzienności. W XIV-wiecznym Londynie było ich co najmniej 18, w tym samym okresie w Krakowie działało 12 łaźni miejskich i prywatnych (balneola), które mieściły się w murowanych budynkach z dostępem do wodociągu, oferując szatnie i miejsca kąpieli oddzielne dla kobiet i mężczyzn. Łaźnie otwierano po wschodzie słońca, a gdy kąpiele były już zagrzane i gotowe, służba biegała po mieście, waląc w miedziane miednice i wykrzykując: „Wzywam cię, panie, do łaźni, zwierzając tobie w przyjaźni, że nasza gorąca woda zdrowia na pewno ci doda!”. Co więcej, w łaźni można się było także profesjonalnie ostrzyc czy ogolić, a nawet skorzystać z zabiegów chirurgicznych. Idealnym rozwiązaniem było, jeśli łaźnia posiadała cyrulika (lub jeśli to on miał taki przybytek na własność). Średniowieczni łaziebnicy odgrywali trojaką rolę: „lekarzy niższego rzędu”, trudniąc się mniej skomplikowanymi zabiegami, jak stawianie baniek i puszczanie krwi; balwierzy, strzygąc, goląc i namaszczając klientów olejami i smarowidłami; wreszcie karczmarzy, dbając o żołądki gości. Z czasem krakowianom weszło w nawyk odwiedzanie łaźni, w których można było nie tylko zjeść i wypić, ale także posłuchać nowinek i poplotkować. Wśród arystokracji kąpiel była jedną z przyjemności domowych, którą często łączono z posiłkami. W połowie XV wieku Karol Orleański wychwalał obydwie, pisząc: „Nie masz nic lepszego na świecie od obiadu w kąpieli i kolacji na łodzi”. Raczej w celach medycznych niż relaksacyjnych kąpieli w Busku u sióstr norbertanek zażywała królowa Jadwiga, kierując się troską o ciągłość rodu. Przypomnijmy, że swoje pierwsze i jedyne dziecko, zmarłą po kilku tygodniach od porodu córeczkę, urodziła po wielu latach bezowocnego pożycia z Jagiełłą. Kąpiele w leczniczych wodach miały zaradzić „sromocie niepłodności”, do czego przekonywał królową jej powiernik i znakomity medyk, biskup Jan Radlica. Prosty lud raczej wyśmiewał tę praktykę, co doskonale podsumowuje rubaszna rymowanka: „Nie ma to jak łaźnia na męki bezpłodności; czego nie da kąpiel, zrobi któryś z gości”. To nawiązanie do zupełnie innego typu usług, które w łaźniach chętnie świadczono.

Rycina ukazująca kobietę i mężczyznę korzystających ze średniowiecznej łaźni. Wikimedia Commons, domena publiczna.

W łaźni jak w zamtuzie

Kościół krzywo patrzył na przesadne umiłowanie higieny, zwłaszcza u płci pięknej. Już św. Hieronim nakłaniał niewiasty, by w trosce o swoje dusze psuły przyrodzoną krasę „rozmyślnym zaniedbaniem”, a Ojcowie Kościoła często powtarzali, że niewiastom zbytnio oddanym sprawom higieny łatwo przychodzi sprowadzanie mężczyzn na złą drogę, podając za przykład historię biblijnej Batszeby. Atanazjusz, biskup Aleksandrii, przyrównywał niewiasty do kojarzonych z czystością gołębic i przekonywał, aby podobnie do tych ptaków zadowoliły się myciem w misce. Jego zdaniem miłośniczki przesiadywania w łaźniach „nie tylko same szkody odniosły, ale wielokrotnie innych do zepsucia przywiodły”. Gorąca woda ponoć wzbudzała pożądanie, podobnie jak wino, a połączenie obydwu ­– bo i zjeść, i napić się można było w średniowiecznej łaźni – prowadziło do moralnego upadku. Już w czasach starożytnych łaźnie służyły nie tylko celom higienicznym, ale także – czy może przede wszystkim – towarzyskim. Można było tam posłuchać muzyki, spotkać się z przyjaciółmi, zjeść i napić się – a że intymna atmosfera rozluźniała gorset przyzwoitości, nietrudno było stracić hamulce. Na początku XV stulecia pewien Włoch pisał o szwajcarskim Baden: „Wszyscy, którzy chcą się kochać, którzy myślą o żeniaczce czy polują na rozkosz pod inną postacią, tu przychodzą i znajdują to, czego szukali”. Na naszym poletku Jan Kochanowski bez ogródek porównywał łaziebników do wszetecznic, a funkcje łaźni do zamtuzów, i wygląda na to, że miał rację.

Miniatura ukazująca mężczyzn korzystających z sauny. Wikimedia Commons, domena publiczna.

Wielu współczesnych krakowian gorszą skąpo ubrane hostessy przechadzające się po Rynku czy też rubaszne zabawy turystów. Ich przodków nie raził widok ludzi gołych jak przysłowiowy święty turecki, bo wiadomo było, gdzie się w takim stanie udają. Oddajmy głos ówczesnemu komentatorowi, który relacjonował zupełnie bez zdziwienia: „Ileż to razy wybiega ojciec na ulicę goły, w samych tylko gatkach, i biegnie tak wąskimi uliczkami do łaźni razem ze swoją nagą żoną i nagimi dziećmi”. Podobne spacery urządzały sobie niewinne panny – „zupełnie obnażone albo z ręcznikiem osłaniającym je tylko z przodu. Nogi mają obnażone, dłonią zaś, jak przystało, zasłaniają tyłek, i tak w samo południe biegną długimi uliczkami z domu do łaźni”. Pozostawiając z boku ówczesne naturalne podejście do nagości, trzeba zaznaczyć, że taki obyczaj miał wymiar zupełnie praktyczny. W ten sposób bowiem chroniono się przed… kradzieżą odzienia. Boleśnie przekonał się o tym pewien krakowski ksiądz imieniem Marek, który udał się do łaźni ubrany, a potem składał skargę do rady miejskiej, gdyż ubranie, które osobiście powierzył żonie łaziebnika Tomasza, zostało ukradzione, choć zapłacił za opiekę 1 grosz.

Higiena i spotkania towarzyskie to jedna strona medalu, druga jest mniej chlubna. Łaźnie średniowieczne bywały niestety „ogniskami jawnej i stałej prostytucji, a przy tym także miejscami schadzek i stręczycielstwa”. Skoro nie można było nierządu w łaźniach ukrócić, starano się go jakoś uregulować. Idąc za ciosem, w drugiej połowie XII wieku angielski król Henryk II uznał londyńskie Southwark, gdzie mieściła się większość łaźni, za legalną dzielnicę domów publicznych. Także rajcy krakowscy starali się przywracać porządek i przyzwoity charakter łaźniom miejskim, zazwyczaj bez większych sukcesów. Wilkierz z 1378 roku stanowił, że „mężczyźni między sobą ani kobiety wodą się lać nie mają ani wszelkiej swawoli dopuszczać”, ale stali bywalcy ani myśleli ze swawoli rezygnować. Swawola za to sprzyjała rozprzestrzenianiu się epidemii nowej choroby – syfilisu, którego pochód przez Europę przyczynił się do kresu umiłowania codziennej higieny i tradycji zażywania kąpieli w miejskich łaźniach.

Bibliografia:

Ashenburg, K., Historia brudu, tłum. A. Górska, Warszawa 2016.

Bukowczan-Rzeszut, A., Jak przetrwać w średniowiecznym Krakowie, Kraków 2018.

Lachs, J., Dawne łaziebnictwo krakowskie, Kraków 1919.

Le Goff, J., Truong, N., Historia ciała w średniowieczu, tłum. I. Kania, Warszawa 2018.

Mazo Karras, R., Seksualność w średniowiecznej Europie, tłum. A. Bugaj, Warszawa 2012.

Mortimer, I., W mieście, na dworze, w klasztorze. Jak przetrwać w średniowiecznej Anglii, tłum. I. Michałowska-Gabrych, Kraków 2017.

Obyczaje w Polsce. Od średniowiecza do czasów współczesnych, red. A. Chwalba, Warszawa 2004.

Rossiaud, J., Prostytucja w średniowieczu, tłum. P. Salwa, Warszawa 1997.

Sokołowska, M., Myć się czy wietrzyć? Dramatyczne dzieje higieny od starożytności do dziś, Wrocław 1999.

Vigarello, G., Czystość i brud. Higiena ciała od średniowiecza do XX wieku, tłum. B. Szwarcman-Czarnota, Warszawa 2012.