Kobiety upadłe

W 1990 roku na terenie nieistniejącego już cmentarzyska w Southwark archeolodzy odsłonili liczne kości, złożone w zbiorowych mogiłach. Poza kośćmi kobiet odkopano także szczątki kilkumiesięcznych dzieci i płodów. Nie było to jednak miejsce masowej zbrodni, lecz cmentarz dla prostytutek, które pracowały na tym terenie od średniowiecza.

Jedna z rycin Williama Hogartha ukazująca młodą kobietę, która przybyła do Londynu i została prostytutką. Wikimedia Commons, domena publiczna.

Ogród ziemskich rozkoszy

O prostytucji nie bez powodu mówi się, że to „najstarszy zawód świata”. Kobiety dostarczające mężczyznom rozkoszy były w społecznościach obecne od zawsze, także w Anglii Tudorów. Choć w niektórych kręgach był to temat tabu, a owe kobiety były uznawane za upadłe, mężczyźni nie mogli się bez nich obejść. Dlaczego?

Średniowieczne i późniejsze normy obyczajowe nakazywały, aby żona była nieskalana, nie przejmowała inicjatywy w łóżku i kochała się „po Bożemu”, czyli w tzw. pozycji misjonarskiej. Wszelkie inne sposoby uprawiania seksu, a w szczególności te przynoszące rozkosz kochankom, były w małżeńskiej sypialni niewskazane, bo głównym zadaniem męża i żony było spłodzenie potomka, a nie dawanie upustu grzesznej chuci. W tej sytuacji nie dziwi fakt, że aż do początku XX stulecia mężczyźni szukali zaspokojenia poza domem, w ramionach kobiet biegłych w sztuce miłosnej. To był męski świat, o którym żony wolały nie wiedzieć, spowity półmrokiem i oparami alkoholu, istniejący na granicy codziennego życia. Taki, o którym głośno się nie mówiło, który odwiedzało się ukradkiem, lecz z którego nierzadko przynosiło się ślubnej małżonce niechciany prezent w postaci choroby wenerycznej.

W Londynie, Norwich, Oksfordzie, Yorku, Exeter oraz innych miastach i miasteczkach żyło wiele tysięcy prostytutek, które sprzedawały swoje wdzięki nie tylko w domach rozpusty, ale także w zajazdach i tawernach, gdzie nietrudno było zwabić spragnionych kobiecego ciała podróżników. Burdele zazwyczaj były bielone i odpowiednio oznaczone. Najbardziej znanymi tego typu przybytkami były m.in. „Zamek”, „Żuraw”, „Kapelusz Kardynała”, „Dzwon” czy „Łabędź” w południowolondyńskiej dzielnicy Southwark. Kobiety sprzedajne kręciły się także wokół teatrów i innych miejsc uczęszczanych przez mężczyzn, gdzie wino lało się strumieniami, a podchmielony amant bywał zdecydowanie hojniejszy niż ten trzeźwy.

W 1504 roku, ze względu na ogólny strach przed rozprzestrzenianiem się kiły, Henryk VII zamknął wiele domów rozpusty, ale odwiecznego procederu nie dało się ukrócić i odrodziły się one już w następnym roku. Według Johna Stowa, najbardziej znane londyńskie przybytki rozkoszy i inne mniej popularne burdele zamknięto na cały sezon, a po ponownym otwarciu ich liczba zmalała. W międzyczasie „zwolnione z pracy” kobiety rozpierzchły się po mieście i oferowały swoje usługi w ulicznych zaułkach, za odpowiednio niższą cenę.

Pod koniec XVI wieku kobiety lekkich obyczajów można było znaleźć w wielu miejscach poza Southwark, ówczesną dzielnicą rozpusty. Pracowały one między innymi poza wschodnimi murami w Petticoat Lane, w Hog Lane, Smithfield, Shoreditch, Westminsterze czy Whitefriars, a nawet krążyły wokół kościoła św. Pawła.

Dirck van Baburen, U stręczycielki (olej na płótnie). Wikimedia Commons, domena publiczna.

Gąski winchesterskie

Dzielnicą rozkoszy, gdzie roiło się od kobiet lekkich obyczajów, było Southwark położone na prawym brzegu Tamizy, a w szczególności część tej dzielnicy zwana Bankside. Jako obszar wyłączony spod władzy królewskiej i miejskiej (tzw. liberty) znajdowała się pod jurysdykcją biskupów Winchesteru i zapewniała kobietom z półświatka poczucie wolności, ich wysoko urodzonym klientom anonimowość, a biskupom… niemałe dochody!

W 1161 roku ziemie te, nazwane potem Winchester Liberty, przyznał biskupom król Henryk II, i to w ich granicach działały później burdele, teatry, w tym słynny The Globe, gospody czy areny przeznaczone do walk byków i niedźwiedzi. Nie wiadomo jednak dokładnie, kiedy zalegalizowano działalność gospód z prawem do czerpania zysków z prostytucji. Na obszarze Winchester Liberty nie było ograniczeń obowiązujących w innych dzielnicach dzisiejszego Londynu, objęty był on bowiem szczególnym przywilejem – licencją na prowadzenie domów rozpusty (oprócz części Southwark taki przywilej miały dwa miasta portowe, Southampton i Sandwich).

Jedna z karykaturalnych rycin ukazująca prostytutki. Wikimedia Commons, domena publiczna.

W licencjonowanych domach publicznych pracowały kobiety pobierające wyższe opłaty niż zwykłe ulicznice i w zależności od standardu takiego przybytku wiodły lepsze życie i zabawiały bardziej wymagających klientów. Aby zapobiec popadaniu kobiet w niewolę i płaceniu przez nie wysokich stawek za jedzenie, zakazywano im mieszkać i stołować się w miejscu pracy. Nie mogły również pracować w niedziele i święta, w godzinach od szóstej do jedenastej oraz od trzynastej do osiemnastej, a także w trakcie posiedzeń parlamentu – musiały wówczas opuścić teren „liberty”. Właściciele gospód nie mogli udzielać prostytutkom pożyczek, a jeśli to zrobili, nie wolno im było domagać się spłaty długu w sądzie. Ponadto ludzie biskupa systematycznie sprawdzali, czy kobiety pracują dobrowolnie i czy nie są ofiarami przemocy. Paradoksalnie, pomimo tej troski i zysków czerpanych z prostytucji, w oczach tych samych duchownych podlegające ich opiece tzw. gąski winchesterskie lub „gąski [biskupa] Winchesteru” (Winchester Geese) traktowane były jako grzesznice, które nie miały prawa do pochówku w poświęconej ziemi. W związku z tym wyłączono je z chrześcijańskiego obrządku pogrzebowego, a na cmentarz wyznaczono skrawek gruntu oddalony od parafii.

Za czasów Henryka VIII w Southwark zaszły po-ważne zmiany. Podczas jednego ze swoich licznych ataków na Kościół katolicki król zerwał z tradycją zapoczątkowaną w XII wieku i w 1535 roku nakazał zamknąć tamtejsze domy rozpusty. Ostatecznie dzielnica, a tym samym kobiety lekkich obyczajów, przeszły pod jurysdykcję nowego anglikańskiego biskupa Winchesteru.

Likwidacja licencjonowanych domów rozpusty nie ograniczyła zjawiska prostytucji, a wielu ówczesnych obserwatorów twierdziło, że los kobiet parających się najstarszym zawodem świata znacznie się pogorszył. Wiele z nich rozproszyło się po Londynie, na skutek czego nadzór nad nimi stał się trudniejszy. Część z nich zaczęła sprzedawać swoje wdzięki w piwiarniach i innych lokalach o złej sławie, inne kusiły mężczyzn w miejscach publicznych, takich jak place, ogrody czy słynne kościoły. Niektóre próbowały pracować na własną rękę, a inne padały ofiarami chciwych sutenerów. Przypadki nadużyć nie są jednak dokładnie znane.

Prostytucja według Albrechta Dürera. Wikimedia Commons, domena publiczna.

Córy Koryntu

Jeżeli kobiety nie musiały oddawać się mężczyznom na ulicy, na ogół za marne grosze lub jedzenie, praca w najstarszym zawodzie świata zapewniała im dach nad głową i w pewnym sensie gwarantowała awans. O małżeństwie z kimś wysoko urodzonym nie mogły marzyć, ale bycie utrzymanką kogoś takiego okazywało się całkiem realne i gwarantowało wygodne życie na koszt jakiegoś szlachcica lub zamożnego kupca.

Aby zostać drogą i pożądaną kurtyzaną, oprócz urody i młodości trzeba było mieć to „coś” i – oczywiście – odrobinę sprytu. Nieocenione okazywały się oczywiście umiejętności łóżkowe. Mówiąc dzisiejszym językiem, niektóre luksusowe prostytutki były bardzo drogie, i jak wynika z A Mirror for Magistrates of Cities opublikowanego w 1584 roku, za wizytę w domu rozkoszy należało zapłacić 40 szylingów (ok. 600 dzisiejszych funtów) lub więcej, a kwota ta obejmowała usługi seksualne, wino i jedzenie.

Opłaty za usługi seksualne były dosyć zróżnicowane. Pewien człowiek w ciągu kilku tygodni zapłacił niejakiej Marie Donnolly 10 funtów (ok. 3 tysiące dzisiejszych funtów), co było znaczną sumą. Na ogół jednak opłaty za usługi oferowane w domach rozpusty o wyższym standardzie, w pokoju z łóżkiem, wynosiły 10 szylingów. Natomiast kobiety pracujące na ulicy zadowalały się dwoma pensami (ok. 1,5 dzisiejszego funta). Istniała też możliwość negocjacji i obniżenia ceny w przypadku miejskich czeladników, choć nie wszyscy wywodzili się z najuboższych warstw społecznych.

W zależności od organizacji przybytków rozkoszy ich bywalcy płacili bezpośrednio dziewczętom, które oddawały prowizję właścicielowi lub właścicielce domu, albo przekazywali pieniądze rajfurkom, które dzieliły się z prostytutkami gotówką.

Z usług cór Koryntu1 bardziej obytych od przeciętnych prostytutek korzystali znani poeci, politycy i arystokraci, którzy często przymykali oko na istnienie burdeli na swoich ziemiach i nieraz czerpali zyski z ich działalności. Dla przykładu, właścicielami dochodowego domu publicznego byli impresario teatralny Phillip Henslowe i jego krewny Edward Alleyn, aktor. Z kolei niejaki Gilbert Periam wyszukiwał kobiety dla Horatia Palavicina, wiodącego finansisty w Londynie i wieloletniego współpracownika Williama Cecila, zaufanego doradcy Elżbiety I. Palavicino słynął ze swojego upodobania do dziewic i Periam miał za zadanie ich poszukiwać, a kiedy pewnego dnia w Londynie dziewic skłonnych do rozpusty zabrakło, Periam otrzymał 10 szylingów oraz konia i wyruszył na ich poszukiwanie do Guildford w hrabstwie Surrey. Kurtyzany, chociaż ich odsetek w stosunku do liczby wszystkich prostytutek nie był wielki, sprzedawały nie tylko swoje ciało, ale i posiadały więcej sprytu od prostych upadłych dziewcząt. Pewniejsze siebie, niekiedy od dziecka obeznane z fachem, nie bały się oszukiwać naiwnych klientów, co pozwalało im nieźle zarobić. W ich przypadku oprócz gotówki w grę wchodziły także inne dobra materialne, w tym mieszkanie. Przez lata potrafiły uzbierać niezły kapitał i zapewnić sobie w miarę dostatnią starość. Łatwiej im było również przetrwać w czasach purytańskich, kiedy wyznawcy nowej religii raz po raz występowali przeciwko moralnemu zepsuciu. Po średniowiecznych domach rozpusty w Southwark nie ma już śladu, ale pośród starych murów wciąż przemykają mężczyźni szukający rozkoszy w ramionach prostytutek…

1 Córy Koryntu – wykształcone i obyte towarzysko starożytne kurtyzany (hetery).