Jakie kary i za co wymierzano w średniowiecznym Krakowie

Średniowieczny Kraków, podobnie zresztą jak dzisiejszy, nie był miejscem bezpiecznym, choć nie był również miastem bezprawia. Od współczesnego różnił się rodzajem i częstotliwością popełnianych przestępstw, ale i karami, jakie za nie wymierzano. Za co można było trafić pod katowski topór, a jakie przewiny uchodziły płazem?

Wymyślne formy średniowiecznych kaźni. Wikimedia Commons, domena publiczna.

Wracał do domu z okiem podbitem

Sto lat temu w pracy poświęconej dziejom Krakowa Klemens Bąkowski pisał, że „z nastaniem zmroku nikt nie puszczał się na ciemne ulice pełne wybojów i śmiecia, niezbyt bezpieczne z powodu luźnych ludzi”. Z drugiej strony rozrywki szukano w karczmach, gdzie gromadziło się podejrzane towarzystwo, szerzyło pijaństwo, a okoliczności sprzyjały łamaniu prawa: „niejeden wracał do domu z okiem podbitem, wybitemi zębami lub poraniony – albo na drugi dzień odszukała go żona – nieżywego – lub w więzieniu za zabicie współbiesiadnika”. Zabójstwo było niewątpliwie poważnym przestępstwem i surowo za nie karano, ale kary w średniowiecznym Krakowie groziły także za występki dziś uznawane za lekkie. Przykładowo dla współczesnych, zwłaszcza młodych krakowian, godzina policyjna byłaby poważnym ograniczeniem ich wolności osobistej, tak jak dla ich rodziców i dziadków jest przykrym wspomnieniem minionej epoki. Tymczasem w średniowieczu po zachodzie słońca życie nocne w mieście było nie tylko zakazane, ale i karane. Czeladź krakowska miała obowiązek powrotu do domu najpóźniej po dwóch godzinach po zapadnięciu zmroku. Zresztą wtedy i tak nie było co w mieście robić – karczmy i gospody zamykano, by ukrócić rozpustę, pijaństwo i hazard. Wszystkie te występki surowo karano – za grę w kości w najlepszym przypadku płaciło się wysoką grzywnę, a recydywistów wypędzano z miasta lub wtrącano do więzienia. Za tzw. poniedziałkowanie (den guten Montag), czyli „odchorowywanie” niedzielnych hulanek, groziła kara fertona na rzecz miasta zgodnie ze statutem krakowskim z 1390 roku. Zbrodnią znacznie poważniejszą było zabicie psa lub kota – jeśli dopuścił się tego krakowski mistrz lub czeladnik, groziła mu za to grzywna, hańba w postaci całowania pod ogonem zabitego zwierzęcia, a nawet wydalenie z cechu. Kary przewidziano także za wyciągnięcie noża na ulicy, nieprzystojne zachowanie się w kościele, pijaństwo i hazard w gospodach, złe prowadzenie się. Rozpusty nie tolerowano, ale inaczej traktowano szukanie rozrywki w zamtuzach, a inaczej zamach na cześć przyzwoitej niewiasty. No właśnie, czy aby na pewno inaczej?

Palenie skazańców na stosie. Wikimedia Commons, domena publiczna.

Dwa kurczaki za gwałt

W krakowskiej księdze proskrypcji opisany jest przypadek, gdy pewna kobieta szła wieczorem z Kazimierza do Krakowa i została napadnięta przez niejakiego Jana Mejowicza. Nie wiadomo, jaki los by ją spotkał, gdyby w porę nie nadbiegli strażnicy miejscy, którzy usłyszeli jej krzyki. Mejowicza skutecznie obezwładniły dopiero dwa patrole, a jeden ze strażników odniósł ciężkie rany. Do gwałtu nie doszło, ale gdyby pomoc nie nadeszła, takie przestępstwo nie byłoby ścigane z urzędu – możliwe, że Mejowicz w ogóle nie zostałby ukarany. Gwałt w średniowieczu miał inne niż dzisiaj znaczenie i zupełnie inaczej go rozpatrywano. W jego definicji mieściła się cała grupa przestępstw, w tym przejęcie mienia czy pobicie. Teoretycznie rzecz biorąc, za „rapt” na szlachciance można było stracić głowę, tym bardziej jeśli został dokonany na terenie miasta lokowanego na prawie magdeburskim, a Kraków takim był. Kara publiczna, jaką zazwyczaj zasądzano, wynosiła 50 grzywien, ale chłopa czy mieszczanina, który by się takiego czynu dopuścił, karano śmiercią. Za zgwałcenie chłopki groziło ledwie 6 grzywien, czyli mniej więcej równowartość dwóch krów albo konia. Jeśli owa chłopka poszła do lasu, to sama sobie była winna, więc kara była symboliczna, a bywało, że płacono w naturze (wiemy, że ktoś opłacił gwałt dwoma kurczakami) albo sędzia całkowicie ją anulował. Co więcej, wedle zapisów Statutów Kazimierza Wielkiego, „którykole dziewicę, którejkole czci abo stadła by była, przez wolej porodzicielów jej ułapił, a ją gwałtem usilił, to jest dziewstwa zbawił”, zda się na łaskę i niełaskę ofiary oraz jej krewnych lub opiekunów. Teoretycznie więc można było takiego gwałciciela pozbawić życia na własną rękę, ale zapewne częściej gwałciciel wykupywał się lub po prostu… żenił z ofiarą.

Jedno z wyobrażeń śmierci z Book of Hours (ok. 1500). Wikimedia Commons, domena publiczna.

Złodziej obieszon, zdrajca w koło wplecion…

Dziś przestępstwem wyjątkowo odrażającym jest gwałt, ale w średniowieczu za znacznie bardziej niegodziwe uznawano np. fałszerstwo w kartach czy przestępstwa religijne. Piętnowano recydywę czy wykręcanie się od nałożonej kary – groziło za to wygnanie z miasta na jakiś czas, np. „na rok i jeden dzień”, warunkowo – „aż do łaski panów rajców” albo bezwzględnie „na sto lat i jeden dzień”. Jak to się odbywało? Najpierw delikwenta oprowadzano wokół Rynku, chłostano i „obwoływano”, czyli oznajmiano wszem wobec, kto zacz i cóż uczynił. Dopiero potem, przy świetle pochodni (stąd wygnanie zwano „wyświeceniem”), wypędzano przez Bramę Sławkowską w kierunku Pędzichowa poza mury miejskie. Złodziej, który uparcie nie chciał porzucić niegodnego fachu, mógł trafić na stryczek, ale za zabicie kogoś (mężczyzny, ale także kobiety lub dziecka), a więc „mężobójstwo”, częściej spotykała kara finansowa, chyba że zbrodniarz działał podstępnie lub przelał krew krewnego. Prawo sasko-magdeburskie przewidywało karę śmierci zwykłą i kwalifikowaną. Do pierwszego typu zaliczamy ścięcie (mężobójcy i gwałciciele), powieszenie (złodzieje) lub utopienie (zawodowe złodziejki, morderczynie rodziców). Kary kwalifikowane, czyli połączone ze szczególnymi mękami, stosowano wobec zdrajców, rozbójników, łupieżców oraz heretyków, czarowników i trucicieli. Za takie przestępstwa groziło np. łamanie kołem, ćwiartowanie, wbijanie na pal, palenie na stosie, rozrywanie końmi. „Złodziej ma być obieszon. Zdrajca, rozbójnik, łupieżca – w koło wplecion. Mężobójca, gwałtownik panien i który na cudzołóstwie był pojman, takowi mają być ścięci […]. Oszczepieniec wiary chrześcijańskiej ma być spalon. Tąż śmiercią ma zginąć czarownik i kto by komu jad zadał” – czytamy. W średniowiecznym Krakowie przebieg procesu nad oskarżonym o przestępstwa zagrożone karą śmierci był krótki, a zbrodniarz oddawany był katowi, który tak go ze swoimi pomagierami przemaglował, że kara śmierci bywała wybawieniem. Na egzekucję ściągały tłumy, bo była to wówczas forma rozrywki i stały element miejskiego życia. Zbrodniarzy chowano poza murami miejskimi, na cmentarzu skazańców, o którym dziś nie pamiętają już spacerujący po dawnym miejscu egzekucji czy pochówków turyści i mieszkańcy.

Bibliografia:

Bąkowski, K., Dzieje Krakowa, Kraków 1911.

Groicki, B., Porządek sądów i spraw miejskich prawa magdeburskiego w Koronie Polskiej, Kraków 1630.

Hube, R., Prawo polskie w wieku trzynastym, Warszawa 1874.

Księga proskrypcji i skarg miasta Krakowa 1360–1422 (Liber proscriptionum et querelarum civitatis Cracoviensis 1360–1422), wyd. B. Wyrozumska, Kraków 2001.

Kutrzeba, S., Mężobójstwo w prawie polskiem XIV i XV wieku, Kraków 1907.

Starodawne prawa polskiego pomniki poprzedzone wywodem historyczno-krytycznym tak zwanego Prawodawstwa Wiślickiego Kaziémirza Wielkiego w texcie ze starych rękopism krytycznie dobranym, wyd. A. Z. Helcl, Warszawa 1856.