Tragedia wyprawy Hugh Willoughby’ego

Sebastian Cabot, włoski podróżnik i odkrywca w służbie angielskiej oraz hiszpańskiej. © Wikimedia Commons, domena publiczna.

Sebastian Cabot, włoski podróżnik i odkrywca w służbie angielskiej oraz hiszpańskiej. © Wikimedia Commons, domena publiczna.

Odnalezienie nowej, wiodącej przez Ocean Arktyczny, drogi na Wschód było idée fixe wielu podróżników epoki Tudorów. Nie zniechęciły ich nawet tragiczne, a zarazem zagadkowe losy członków wyprawy pod wodzą Hugh Willoughby’ego.

W XVI wieku szlaki handlowe na Daleki Wschód, prowadzące wzdłuż południowego wybrzeża Afryki oraz Ameryki Południowej, były zmonopolizowane przez Portugalię i Hiszpanię. Kupcy z innych krajów, chcąc czerpać zyski z handlu ze Wschodem, musieli szukać alternatywnych dróg. Przez kilkadziesiąt lat żeglarze epoki Tudorów starali się dotrzeć do Indii i Chin przez tzw. przejście północne, łączące oceany Atlantycki i Spokojny. Ten nieco zapomniany dziś epizod wymagał od ówczesnych Anglików odejścia od tradycyjnego schematu ekspansji, skierowanego wyłącznie na obszary Europy Zachodniej, i skłonił ich do szukania szczęścia na Wschodzie kontynentu.

Nowożytna korporacja

Angielski zwrot na Wschód nierozerwalnie wiąże się z powołaniem i działalnością Kompanii Moskiewskiej. Założycielami powołanej 18 grudnia 1551 r. spółki byli Robert Thorne – kupiec z Bristolu, oraz Sebastian Cabot – pierwszy poszukiwacz przejścia północno-zachodniego. Cabot stanął na czele przedsiębiorstwa z przyczyn wizerunkowych – jako człowiek cieszący się sławą wyśmienitego żeglarza miał zapewnić przedsięwzięciu wiarygodność.

Richard Hakluyt, XVI-wieczny geograf i duchowny. © Wikimedia Commons, Charles Eamer Kempe.

Richard Hakluyt, XVI-wieczny geograf i duchowny. © Wikimedia Commons, Charles Eamer Kempe.

Powołanie Kompanii jest także ważnym wydarzeniem z punktu widzenia historii społecznej. Dowodzi ono, że w drugiej połowie XVI wieku, a szczególnie podczas panowania Elżbiety I, ton życiu publicznemu w coraz większym stopniu nadawali ludzie, których literatura angielska określa mianem „merchant adventurers”. Ich rozumienie pozycji społecznej było na wskroś nowoczesne – nie utożsamiali jej już bowiem z urodzeniem, lecz z pieniędzmi i ryzykiem, jakie byli w stanie podjąć, by je zdobyć. Różnice między piratami, kupcami, podróżnikami i poszukiwaczami przygód były w istocie mocno rozmyte. Wszyscy stanowili nowy rodzaj człowieka przełamującego średniowieczne ograniczenia stanowe. Właśnie oni, udziałowcy spółek takich jak Kompania Moskiewska, tworzyli plan dla morskiej ekspansji i kładli podwaliny pod przyszłe imperium.

Plan tych dzielnych kupców, a zarazem odkrywców, był więc prosty: płynąć na północny wschód i przez Ocean Arktyczny (którego kształtu nikt nie znał) dotrzeć do Chin i Indii. Dziś podobne przedsięwzięcie może wydawać się szalone, ale w XVI wieku pokutowały jeszcze przekonania, że do Chin wcale nie jest aż tak daleko, że być może wystarczy znaleźć wpadającą do północnego morza wielką rzekę, która wypływa z pewnego ogromnego jeziora, nad którym właśnie leży stolica Państwa Środka – Pekin.

Richard Hakluyt, XVI-wieczny geograf i duchowny, w relacji pt. Wyprawy morskie, podróże i odkrycia Anglików, pisał, że pierwszym zadaniem członków Kompanii było zebranie kapitału. Dokonano tego drogą zbiórki: „A żeby nikt nie był zbytnio uciśniony i obciążony kosztami, postanowiono, że każdy, kto by chciał należeć do owego towarzystwa, powinien wyłożyć 25 funtów”. W sumie ponad dwustu udziałowców – wśród których byli zarówno arystokraci, członkowie Tajnej Rady, jak i zamożni kupcy z City – wniosło kapitał akcyjny składający się na oszałamiającą wówczas kwotę 6 tys. funtów (w przeliczeniu dzisiejsza wartość to ok. 1,5 mln funtów).

Równie ważnym, co zebranie pieniędzy, zadaniem był wybór kapitanów, którzy odważyliby się stanąć na czele tego ryzykownego przedsięwzięcia. Musieli być to ludzie doświadczeni. Sebastian Cabot – jedyny człowiek znający trudy żeglowania po zmarzniętym oceanie – był jednak zbyt stary, by podołać zadaniu. Wybór padł więc na Hugh Willoughby’ego – arystokratę i żołnierza doświadczonego w pogranicznych wojnach ze Szkocją, który wedle relacji Hakluyta „prześcigał wszystkich innych tak pod względem postury, bo rosły to był mąż, jak i szczególnej sprawności w sztuce wojennej, czym zaskarbił sobie wielki szacunek kompanii kupców”. Niestety Willoughby nie miał żadnego doświadczenia jako nawigator, co wkrótce miało przynieść tragiczne skutki.

Kopia oryginalnej mapy wykonanej przez Anthony'ego Jenkinsona, Oddział Zbiorów Kartograficznych Biblioteki Uniwersyteckiej we Wrocławiu.

Kopia oryginalnej mapy wykonanej przez Anthony’ego Jenkinsona,
Oddział Zbiorów Kartograficznych Biblioteki Uniwersyteckiej we Wrocławiu.

Na Wschód!

Wyprawa Kompanii Moskiewskiej ruszyła w 1553 roku, kiedy w Greenwich umierał nieletni król Edward VI. Rankiem 10 maja londyńczycy tłumnie wylegli nad Tamizę, by podziwiać, jak 120-tonowa „Bona Esperanza”, okręt flagowy, pod dowództwem Willoughby’ego odcumowuje i rozpoczyna rejs w stronę ujścia rzeki. Na pokładzie „Esperanzy” było 31 marynarzy i zaopatrzenie na 18 miesięcy. W skład flotylli wchodziły jeszcze 160-tonowy „Edward Bonaventure”, gdzie rozkazy wydawał Richard Chancellor, i mniejszy okręt „Bona Confidentia”. Statki były przygotowane do dalekiej podróży. Ich kile okuto ołowiem, co stanowiło ochronę przed morskimi szkodnikami. Ponieważ była to podróż w celach handlowych, na pokładzie oprócz marynarzy znajdowali się głównie kupcy, kilku duchownych oraz muzykantów – w sumie 116 ludzi.

Okręty skierowały się na północ, ale upłynął cały miesiąc, nim dopłynęły do norweskich wysp Røst, gdzie urządzono pierwszy dłuższy postój. Tamtego lata morze było wyjątkowo niespokojne. W pewnym momencie niewielką flotyllę rozdzielił sztorm, a „Bona Esperanza” i „Bona Confidentia” straciły kontakt z okrętem Chancellora. Mimo to Willoughby próbował wciąż posuwać się na wschód, ale po zetknięciu z polami lodowymi tuż koło Nowej Ziemi zmuszony był zawrócić. Kapitan chciał wypłynąć na Morze Białe, ale jesienne sztormy wraz z kipiącymi prądami wirującymi w białomorskim gardle okazały się zbyt niebezpieczne. Willoughby na czele dwuokrętowej flotylli postanowił więc zatrzymać się na zimę na północnym brzegu Półwyspu Kolskiego, w miejscu zwanym przez Pomorców „okrągłym obozowiskiem” – osłoniętym wyspą od silnych wichrów. Był to ich ostatni przystanek – wiosną 1554 roku rosyjscy rybacy odnaleźli oba statki oraz ponad sześćdziesięciu członków załogi zamarzniętych na śmierć. Dziennik dowódcy pozwalał domniemywać, że wszyscy zmarli pod koniec stycznia.

Rycina przedstawiająca śmierć Hugh Willoughby'ego i jego załogi, autorstwa nieznanego artysty. © Wikimedia Commons, domena publiczna.

Rycina przedstawiająca śmierć Hugh Willoughby’ego i jego załogi, autorstwa nieznanego artysty. © Wikimedia Commons, domena publiczna.

Cichy morderca

Okoliczności śmierci załogi Willoughby’ego długo nie dawały historykom spokoju – i to z wielu powodów. Badacze dziwili się, że Anglicy, gdy zawisła nad nimi groźba śmierci, nie wykorzystali drewna ze swojego statku, aby się ogrzać. Okręt zachował się w całości przez 33 miesiące i po przybyciu nowych załóg znowu wyruszył w morze. Mróz – jako przyczynę śmierci – należało więc wykluczyć. Podobnie głód. Na okręcie znaleziono wystarczająco dużo zapasów, a dodatkowo wśród zamarzniętych ciał były zwłoki psów, które – gdyby sytuacja była krytyczna – załoga z pewnością by poświęciła. Innym wytłumaczeniem mógłby być szkorbut. „Ale ta choroba nie rozwija się tak szybko i śmierć 63 marynarzy z powodu szkorbutu w ciągu czterech miesięcy wydaje się mało prawdopodobna” – pisał rosyjski reporter Wasilij Gołowanow w książce na temat dalekiej Północy i jej mieszkańców zatytułowanej Wyspa, czyli usprawiedliwienie bezsensownych podróży.

Nowe i zaskakujące wyjaśnienie tej zagadki zaproponowała Eleanor C. Gordon w artykule pt. The Fate of Sir Hugh Willoughby and His Companions. Gordon, jako historyk specjalizująca się w dziejach medycyny, doszła do wniosku, że kapitan polecił wszystkim swoim ludziom zebrać się pod pokładem „Bony Esperanzy” i chcąc ochronić się przed zimnem, kazał szczelnie zamknąć wszystkie otwory.

Ze względu na brak w okolicy drewna na opał marynarze, przygotowując posiłek, palili zebranymi na brzegu bryłkami węgla bitumicznego. Dawni żaglarze nazywali go „węglem morskim” (z ang. sea coal), ale efektem ubocznym jego spalania jest przede wszystkim tlenek węgla. „Użycie węgla morskiego w małym i zamkniętym pomieszczeniu musiało skończyć się tragicznie. Za najbardziej prawdopodobną przyczynę śmierci załogi należy więc uznać zaczadzenie” – pisze Gordon.

Richard Chancellor przyjęty przez Iwana Groźnego. © Wikimedia Commons, domena publiczna.

Ziemia Willoughby’ego

Z zakończoną niepowodzeniem wyprawą przez długi czas wiązała się jeszcze jedna zagadka. W znalezionym na okręcie Willoughby’ego dzienniku pod datą 14 sierpnia była notatka o lądzie oznaczonym 72 stopniem szerokości geograficznej północnej: „Spuściliśmy szalupę, żeby zobaczyć, co to za ląd, ale szalupa nie mogła przybić do brzegu z powodu płycizny i nagromadzenia lodu. Poza tym na lądzie nie było widać śladów pobytu człowieka”. Ów zapis dał początek przypuszczeniom, że gdzieś daleko na Północy rzeczywiście znajduje się nieodkryty ląd. Nazwano go „Ziemią Willoughby’ego” i na niektórych mapach z XVI wieku widnieje ona nawet jako odrębna wyspa bądź nieznany ląd. Legenda o tej ziemi utrzymywała się, mimo że późniejsze ekspedycje holenderskie w poszukiwaniu drogi północno-wschodniej potwierdziły, iż we wskazanym miejscu nie ma lądu. Trochę światła na wątpliwości badaczy rzucił XIX-wieczny kanadyjski etnolog i odkrywca Arktyki Vilhjalmur Stefansson, który wysunął tezę, że tzw. Ziemia Willoughby’ego to nic innego, jak wyspa Kołgujew w południowo-wschodniej części Morza Barentsa.

Misja do Moskwy

Tragicznego losu Willoughby’ego uniknęła jedynie załoga statku dowodzonego przez Chancellora. Oddzieliwszy się od reszty flotylli, zacumował on na wysokości Vardo, na północnym czubku Półwyspu Skandynawskiego. Tam, spowity ciemnościami nocy polarnej, przeczekał tydzień, aby załoga odpoczęła i mogła kontynuować rejs. Wreszcie ruszyli na południe w kierunku Morza Białego. Dotarli do ujścia Dwiny, gdzie założył faktorię handlową – w miejscu, w którym dziś leży Archangielsk. Wieść o obcych przybyszach szybko dotarła do Moskwy. Car Iwan IV Groźny zaprosił Anglików do swej stolicy, dzięki czemu, nieprzygotowani do mrozów, uniknęli śmierci. Car dobrze wykorzystał okazję, jaką podarował mu los. Dzięki Anglikom mógł wreszcie handlować z Zachodem bez pośrednictwa Rzeczypospolitej, która blokowała dostęp do Bałtyku. Iwan obsypał Chancellora prezentami, dał gwarancje bezpieczeństwa i wyraził chęć nawiązania trwałych relacji z jego krajem.

W 1554 roku żeglarze ruszyli w drogę powrotną do Londynu. Ostatecznie to Chancellor, a nie Willoughby, stał się bohaterem, ponieważ zapewnił Kompanii Moskiewskiej monopol na handel ze Wschodem. Ale wkrótce szczęście opuściło również i jego – jego okręt zatonął bowiem w 1556 roku podczas kolejnego rejsu przez Morze Białe.

Bibliografia

Vilhjalmur Stefansson, Encyclopedia Arctica (1947–1951).

Eleanora C. Gordon, The Fate of Sir Hugh Willoughby and His Companions, „The Geographical Journal”.

Richard Hakluyt, Wyprawy morskie, podróże i odkrycia Anglików

Wasilij Gołowanow, Wyspa, czyli usprawiedliwienie bezsensownych podróży