Elżbieta I – poślubiona Anglii

Za życia w równej mierze wychwalana i potępiana. Charyzmatyczna i urzekająca. Wielki mąż stanu, następczyni potężnego ojca – co nieustannie podkreślała – i niewiasta na tronie. Taki obraz wyłania się licznych biografii Elżbiety I, chociaż trudno dziś orzec, ile w tym prawdy, a ile propagandy.

Podczas każdej audiencji Elżbieta stała, a każdy, kto się do niej zwracał, musiał przyklęknąć. © Wikimedia Commons.

Podczas każdej audiencji Elżbieta stała, a każdy, kto się do niej zwracał, musiał przyklęknąć. © Wikimedia Commons.

Mistrzyni propagandy

Wiadomo, że Elżbieta I (1533–1603) potrafiła uwodzić swoim wyglądem i intelektem. Ale czy zawsze? Na pewno w pierwszych dekadach panowania przeważał zachwyt, jednak w ostatnich latach parlament trząsł się od mów potępiających jej decyzje. Działo się tak, ponieważ w latach 90. XVI wieku wymarła stara generacja doradców, a nowa kadra nie potrafiła udzielać równie mądrych rad. Nie będzie bowiem przesadą stwierdzenie, że co najmniej połowa sukcesów Elżbiety wynikała z sugestii jej najbardziej zaufanych polityków, z Williamem Cecilem i Francisem Walsinghamem na czele. Kiedy jednak umarła, zapomniano o jej kontrowersyjnych i często niezrozumiałych decyzjach, o spadających z szafotów głowach wrogów i eksfaworytów (łaski królowej łatwiej było stracić aniżeli zyskać), o odziedziczonym po ojcu poczuciu wyższości wobec zwykłych śmiertelników i ogólnym niezadowoleniu poddanych, które popychało jej wrogów do knucia intryg i układania planów zamachu. Na tle kolejnych wieków jej czterdziestopięcioletnie rządy zaczęto postrzegać jako okres stabilizacji, zwłaszcza po zwycięstwie nad hiszpańską Wielką Armadą w 1588 roku, i doceniono ją za to, że w odpowiednich momentach potrafiła pójść na kompromis. Słowem, gwiazda Elżbiety I rozbłysła po jej śmierci jeszcze mocniejszym blaskiem.

Portret z tęczą. © Wikimedia Commons.

Portret z tęczą. © Wikimedia Commons.

Jak to się stało, że sławy ostatniej z Tudorów nie potrafił przyćmić żaden z jej męskich następców? Do połowy XIX wieku nikomu bowiem nie udało się stworzyć równie wyrazistego wizerunku. Dokonała tego dopiero inna kobieta na angielskim tronie, królowa Wiktoria, której rządy trwały dwadzieścia lat dłużej.

Do takiego a nie innego wyobrażenia Elżbiety I w dużej mierze przyczyniły się świadectwa z epoki: relacje zagranicznych dyplomatów, wysławiające ją teksty literackie i liczne portrety. Te ostatnie – jak wiadomo – kazała cenzurować. O wizerunek monarchini dbali jej doradcy i przede wszystkim ona sama, z żelazną konsekwencją tworząc i pielęgnując własną legendę, mit o Królowej Dziewicy poślubionej własnemu ludowi, pogromczyni Wielkiej Armady, Glorianie. Dlatego trudno dzisiaj stwierdzić ilu (o ile w ogóle) miała kochanków, jaka była w prywatnych komnatach i o czym naprawdę myślała, ukryta za nieodgadnioną maską z pudru, który nakładała na twarz grubymi warstwami. A ponieważ ówczesne pudry zawierały domieszki ołowiu, zabiegi kosmetyczne rujnowały jej zdrowie. Wielu historyków dopatruje się bowiem u niej objawów ołowicy, która powodowała m.in. osłabienie, brak łaknienia i bezsenność, a w starszym wieku nerwowość.

Niełatwo jednak przebić się za białą powłokę skrywającą ślady po ospie, na którą omal nie umarła w 1562 roku i z której wyleczył ją lekarz śląskiego pochodzenia, niejaki Burkat. Choroba podobno pozostawiła widoczne ślady na lewym policzku oraz w okolicy ust, dlatego królowa była ukazywana na portretach z prawego profilu.

Portret z pelikanem. © Wikimedia Commons.

Portret z pelikanem. © Wikimedia Commons.

Nie sposób też zauważyć jej drobnej figury, od której uwagę na portretach odwraca władcza poza i suknie z wysokimi kołnierzami lub kryzami, haftowane złotem i kapiące od drogich klejnotów, które uwielbiała i które miały podkreślać jej majestat. Ich dobór nie był jednak przypadkowy. Dla przykładu, rubiny wskazywały, że nosząca je osoba kieruje się rozumem, perły zaś symbolizowały czystość i niewinność, co jak najbardziej przystawało do wizerunku Królowej Dziewicy.

Jedne i drugie widać chociażby na słynnym Portrecie z tęczą (1600) pędzla Isaaca Olivera, gdzie trzymana przez Elżbietę tęcza jest oznaką pokoju, wiary i nadziei, a wąż widniejący na rękawie – metaforą mądrości. Całej kompozycji dopełnia łacińska inskrypcja: Non sine sole iris („Nie ma tęczy bez słońca”). Tym słońcem jest oczywiście Elżbieta, gwarantka pomyślności narodu angielskiego, która na swych drobnych barkach dźwigała cały ciężar panowania. Drobnych, bo wbrew pozorom nie była kobietą wysoką. Dlatego, aby nie wydawać się mniejszą, stała podczas audiencji, niekiedy nawet przez kilka godzin. W ten sposób mogła górować nad wszystkimi, zwłaszcza że każdy, kto do niej mówił, musiał przyklęknąć. Stała również przed swoją śmiercią, dopóki nie padła z wycieńczenia na rozłożone na podłodze poduszki.

Królowa Dziewica

Kiedy 17 listopada 1558 roku dwudziestopięcioletnia Elżbieta wstąpiła na tron, była tylko kobietą. W dodatku kobietą o niepewnym pochodzeniu, ponieważ przed laty ojciec uznał ją za bękarta. A mimo to czterdzieści pięć lat później umierała jako istota półboska – Królowa Dziewica.

Chociaż w XVI stuleciu nie wyobrażano sobie samotnej kobiety na tronie, a doradcy nieustannie namawiali ją do zamążpójścia, została samodzielną monarchinią. Pomogła jej w tym wiara, że naznaczeni przez Boga władcy stoją ponad zwykłymi śmiertelnikami, oraz cechy odziedziczone po rodzicach: władczość i temperament po ojcu oraz wyrachowanie i ambicję po obojgu. Ponadto, idąc za przykładem Henryka VIII, potrafiła stworzyć imponujący wizerunek samej siebie, który przede wszystkim miał być symbolem władzy.

6 lutego 1559 roku na posiedzeniu obu izb parlamentu Elżbieta I ostatecznie ustosunkowała się do starań polityków, którzy od momentu wstąpienia na tron usiłowali wydać ją za mąż: „Zaprawdę, aby was zadowolić, połączyłam się już ślubem z jednym małżonkiem, a zwie się on królestwem Anglii […]. A dla mnie to będzie pełnym zadowoleniem, zarówno dla pamięci mojego imienia, jak również dla mojej chwały, jeśli, gdy oddam moje ostatnie tchnienie, wyryte będzie na marmurze mojego grobu: Tu leży Elżbieta, która rządziła jako dziewica i zmarła jako dziewica”[1].

Portret z Armadą. © Wikimedia Commons.

Portret z Armadą. © Wikimedia Commons.

Mimo to sprawa jej małżeństwa powracała do lat 80. Elżbieta jednak pozostała nieugięta i kiedy co jakiś czas pojawiali się nowi kandydaci do jej ręki, nie godziła się na żadnego. Lecz jeśli tylko widziała w tym jakąś korzyść polityczną, zwodziła ich obietnicą małżeństwa. Wśród władców mających chrapkę na Elżbietę, a raczej na tron Anglii, należy wymienić szwedzkiego Eryka Wazę (który oświadczał się listownie kilka razy), francuskiego księcia Franciszka Walezjusza czy byłego szwagra Filipa II, podobno zakochanego w niej bez pamięci, który w końcu wypowiedział jej wojnę i wyruszył na Anglię na czele Wielkiej Armady. Pojawiały się również tak egzotyczne kandydatury, jak rosyjski car Iwan Groźny czy nawet nasz Zygmunt August (choć de facto Polskę bardziej interesowało to, co dzieje się na wschodnioeuropejskiej scenie politycznej).

Ostatecznie Elżbieta nie wyszła za mąż. Rządziła Anglią przez czterdzieści pięć lat jako Królowa Dziewica i jako taka kazała się przedstawiać na licznych, utrzymanych w podobnej konwencji portretach.

Elżbieta w sukni w "polskim stylu". © Wikimedia Commons.

Elżbieta w sukni w „polskim stylu”.
© Wikimedia Commons.

Portrety w służbie propagandy

Na każdym z portretów można wskazać dwie cechy rozpoznawcze Elżbiety: nieskazitelnie białą cerę oraz płomiennie rude włosy. Na każdym również niezmiennie przytłacza majestat portretowanej, na wielu przypomina ona istotę półboską, a na kilku została sztucznie odmłodzona. Kiedy na przykład Isaac Oliver malował Portret z tęczą, miała sześćdziesiąt siedem lat, a wygląda niemal identycznie jak na obrazach Nicholasa Hilliarda z 1575 roku. Ot, taki Photoshop epoki elżbietańskiej.

Hilliard także spisywał się niezgorzej, skoro dzięki swoim dziełom zyskał pozycję ulubionego malarza monarchini. Ponieważ była ona kobietą, nie wchodziły w grę atrybuty męskiej siły. Wiedziała jednak, jak artyści powinni ją namalować – jako boginię, która jednocześnie zachwyca i onieśmiela. Stąd na Portrecie z feniksem widzimy wyraźnie odrealnioną postać. Jej szatę, pełną złotych haftów i – jakżeby inaczej – symbolicznych rubinów i pereł, zdobi kilka dodatkowych elementów. Najbardziej wymowny jest feniks, widniejący na broszy powyżej dłoni królowej, w której trzyma ona czerwoną różę na znak doskonałości, wiecznego piękna i powabu. Mityczny ptak, który odradza się z popiołów, stanowi nie tylko symbol nieśmiertelności, ale i czystości. Elżbieta bowiem bardzo dbała o to, aby nie uważano jej za towar na europejskim rynku matrymonialnym.

Z czystością kojarzy się również pelikan. Nie dziwi więc fakt, że Hilliard wykorzystał ten motyw w kolejnym obrazie. Na namalowanym w tym samym roku Portrecie z pelikanem można zobaczyć i czerwoną różę, i perły, i podobną broszę. Elżbieta zaś w podobnym geście trzyma dłoń, ponad którą widnieje wyobrażenie ptaka, który jednocześnie symbolizuje poświęcenie, bo – jeśli wierzyć legendzie – pelikan potrafi wykarmić pisklęta własną krwią, spływającą z rozszarpanej piersi. Tak więc majestatyczna i dziewicza królowa została ukazana jako matka, gotowa na najwyższe poświęcenie dla dobra swoich dzieci (poddanych). Co ciekawe, niektórzy znawcy sztuki dopatrują się tu również nawiązań do sir Francisa Drakeʼa, faworyta i zarazem korsarza w służbie Jej Królewskiej Mości, który wyruszył wówczas na wyprawę dookoła świata na statku o nazwie „Pelikan”.

Autoportret Nicholasa Hilliarda – angielskiego jubilera i iluminatora książek, artysty malarza znanego z wykonywania portretów królowej Elżbiety I, a później króla Jakuba I. © Wikimedia Commons.

Autoportret Nicholasa Hilliarda – angielskiego jubilera i iluminatora książek, artysty malarza znanego z wykonywania portretów królowej Elżbiety I, a później króla Jakuba I. © Wikimedia Commons.

Wszyscy portreciści – podobnie jak autorzy wizerunków Henryka VIII – pracowali według ścisłych wytycznych władczyni, stąd ich dzieła wydają się podobne zarówno pod względem konwencji, jak i symboliki. Co ciekawe, jednymi z mniej efektownych są portrety Elżbiety w sukniach w polskim stylu, na które w Europie Zachodniej zapanowała przejściowa moda. Były to stroje skromniejsze w kroju i zdobieniach, więc już na pierwszy rzut oka można wychwycić różnicę. Na obrazie (1575) nieznanego artysty królowa nosi suknię z charakterystycznymi dla polskich strojów pętlicami na przodzie stanika, które stały się modne w Polsce za panowania Stefana Batorego. Nieco bogatsza jest suknia polska na portrecie (1580–1585) z gałązką oliwną, na którym Marcus Gheeraerts Starszy ukazał królową jako zwiastunkę pokoju i sprawiedliwości. Symbolem tej ostatniej jest leżący u jej stóp miecz. Obydwa atrybuty – miecz i gałązka oliwna – pojawiają się także na Portrecie z gronostajem (1585) Hilliarda. Wśród ozdób, jak wszędzie, dominują perły.

Bogactwo klejnotów, zgodnie z intencją, onieśmielało i podkreślało potęgę Elżbiety. I pewnie wprawiłoby w osłupienie Marię Tudor, krytykowaną niegdyś za krzykliwe stroje, które mocno kontrastowały z mało efektownymi ubiorami młodszej siostry. Wypada bowiem wiedzieć, że zanim Elżbieta zasiadła na tronie, nosiła się zgodnie z wymogami religii protestanckiej – gustownie acz skromnie. Tylko czy zachowując młodzieńczy styl, osiągnęłaby równie pożądany skutek?

Bibliografia

Beckett, 1000 arcydzieł, Wydawnictwo Arkady, Warszawa 2005.
Boucher, Historia mody, Wydawnictwo Arkady, Warszawa 2003, s. 198–205.
Grzybowski, Elżbieta Wielka, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1984, s. 52.
http://www.marileecody.com/eliz1-images.html
http://www.polskieradio.pl/39/156/Artykul/726359,Elzbieta-krolowadziewica-Anglii

[1] Za: A. Grzybowski, Elżbieta Wielka, Wrocław 1984, s. 52.