Afrodyzjaki w czasach Tudorów

Owoce, zwłaszcza pigwy, były cenionym afrodyzjakiem. Wikimedia Commons.

Jak zaostrzyć apetyt na miłość i wyczarować liczną rodzinę? Tudorowie znali na to mnóstwo sposobów.

Związek między apetytem kulinarnym i seksualnym istniał od czasów starożytnych. W epoce renesansu wierzono, że oziębłości lub niepłodności można zaradzić dietą składającą się z odpowiednich potraw, które sprzyjały obowiązkom małżeńskim. A jeśli to nie pomogło, parze pozostawała modlitwa albo… czary.

Tudorowie uwielbiali ucztować. W 1487 roku w trakcie uczty koronacyjnej Elżbiety York na pierwsze danie składały się dziczyzna, łabędź, bażant, kapłon, żuraw, szczupak, czapla, koźlę i królik, a wszystkie obficie doprawione, w sosach lub marynacie, serwowane z rodzynkami lub daktylami. Następnie podawano pyszne desery z kremem, owocami i bakaliami. Na pierwszym weselu Tudorów musiało być równie wystawnie. Panowało wówczas przekonanie, że bakalie pobudzają libido, a konsumpcja mięsa sprzyja płodności przyszłych rodziców. Na uczcie weselnej musiało pojawić się także mocno przyprawione wino, które miało zachęcać do igraszek. Nie mogło zabraknąć także budzących skojarzeń erotycznych warzyw i owoców, jak szparagi albo morele, które do Anglii dotarły w latach 20. XVI wieku, a których ówczesna nazwa brzmiała apricock. Na stole pojawiała się także pachnąca pigwa, uważana za wspaniały afrodyzjak – bez kandyzowanych deserów, dżemu, marmolady czy wina z tego owocu nie mogła odbyć się żadna uczta, a już na pewno nie weselna. Być może właśnie mając na uwadze zalety pigwy jako afrodyzjaku, lady Lisle przysłała swojej córce Katarzynie Basset marmoladę z pigwy, aby podała ją Henrykowi VIII i tym samym go uwiodła.

Francuskie „jabłko miłości” chętnie przejęli Anglicy. Wikimedia Commons.

Szekspir sławił zalety… ziemniaka

W czasach renesansu relacje między europejskimi krajami rozwijały się, a wraz z rozwojem handlu rósł rynek niecodziennych przysmaków i afrodyzjaków. Rzadkie szparagi, ale także popularna marchew czy pasternak znalazły się na liście afrodyzjaków ze względu na falliczny kształt, a wkrótce dołączyły do nich cudzoziemskie pomidory i ziemniaki. Na luksus zaprezentowania ich na swoich stołach mogli sobie pozwolić jedynie najbogatsi.

Dziś trudno uwierzyć, że pomidory początkowo hodowano w Europie w celach dekoracyjnych. Jako pierwszy ich uprawą do celów kulinarnych zajął się w 1554 roku Patrick Bellow – już wówczas cieszyły się one sławą cennego i rzadkiego afrodyzjaku. Historia pomidora dowodzi, jak łatwo nazwy ulegają przekłamaniom, zyskując na znaczeniu. Jego łacińska nazwa – mala oethopica, oraz włoska – pomi dei mori, oznacza „jabłka Maurów”. Francuzi zrobili z pomidorów pomme d’amour, czyli „jabłka miłości”, co przejęli od nich Anglicy. Kolor pomidorów przyczynił się do ich reputacji – czerwone i duże owoce nie przypominały żadnych innych ówcześnie dostępnych, a czerwień kojarzyła się z namiętnością. Do XIX wieku pomidor spopularyzował się jako warzywo i utracił swoją opinię.

Za afrodyzjak w czasach Tudorów uważano również… ziemniaki, które przybyły nad Tamizę dopiero w 1586 roku z Peru dzięki Thomasowi Harriotowi. I nie były to znane nam dziś zwyczajne ziemniaki obiadowe, lecz słodkie ziemniaki, czyli bataty, które według ówczesnej opinii miały przywracać wigor podstarzałym lowelasom. Z taką historią w tle łatwiej zrozumieć, dlaczego Falstaff w Wesołych kumoszkach z Windsoru woła: „Niech teraz niebo deszczy kartoflami, niech grzmi na nutę Zielone rękawki, niech jak grad sypią się cukierki, a jak śnieg marcypany, niech przyjdzie burza pokus, tu będę szukał schronienia”.

W czasach Tudorów nie brakowało osób, które uważały, że posiadły umiejętność przygotowywania prawdziwych afrodyzjaków. Wikimedia Commons.

W książce kucharskiej The Good Housewife’s Jewell z 1587 roku autorstwa Thomasa Dawsona znajdujemy najstarszy opublikowany w języku angielskim przepis zawierający ziemniaki, w dodatku podkreślający ich właściwości: „Weź dwie pigwy i dwa lub trzy korzenie ostu oraz ziemniak, obierz ziemniaka i oczyść korzenie, zalej kwartą wina i gotuj do miękkości, potem wsyp kwartę daktyli, a gdy one zmiękną, odcedź z wina, zmieszaj z żółtkami ośmiu jaj i móżdżkami trzech lub czterech wróbli, dodaj wody różanej, dopraw cukrem, cynamonem, imbirem, goździkami i gałką muszkatołową, dodaj odrobinę masła, a na koniec umieść w podgrzewaczu między dwoma półmiskami, niech gotuje się aż do wyrośnięcia”. Ponoć smakowało wyśmienicie.

Także modny dziś wśród amatorów zdrowej kuchni karczoch uważano w epoce Tudorów za wielki delikates i silny afrodyzjak. John Gerard pisał: „Wewnętrzna część po ugotowaniu z wywarem z tłuszczu i doprawiona pieprzem tworzy danie wyborne oraz korzystne dla pobudzenia pożądania cielesnego, powstrzymując mimowolny wypływ nasienia”. Ostatnie stwierdzenie autora odnosi się prawdopodobnie do przedwczesnego wytrysku.

Do mniej dzisiaj znanych, zaginionych nieco w mrokach historii afrodyzjaków można zaliczyć popularne w czasach Tudorów akant oraz ambrę. Reputacja akantu – byliny dawniej porastającej dziko wybrzeże Anglii – rozpowszechniła się na tyle, że uznany zielarz Robert Burton założył w Colchester fabrykę produkującą jej kandyzowane korzenie. W XVI i XVII wieku stały się niezwykle popularne, sprzedawano je jako cukierki o nazwie kissing comfits. Wierzono, że zażywane w umiarkowanych ilościach potrafią przywrócić męski wigor. Co ciekawe, termin przetrwał do dziś na określenie cukierków odświeżających oddech, choć jego geneza uległa zapomnieniu.

Z kolei ambra, czyli wydzielina z przewodu pokarmowego kaszalota, zrobiła furorę zarówno w kuchni, jak i w modzie. Sama w sobie nie pachnie zbyt intensywnie, ale w połączeniu z innymi składnikami, jak piżmo czy wody perfumowane, wydziela nieco fiołkowy zapach. Pudding i ciasto z dodatkiem ambry były tak powszechne jak dziś muffiny. Zarówno piżmo, jak i ambrę uważano wówczas za silne afrodyzjaki. Lord Bacon zalecał mężczyznom mieszankę słodkiego wina i jaj, pisząc: „Dobrze zrobi dodanie kilku plastrów korzenia mikołajka i nieco ambry, które to poza prędkim odżywieniem doda siły w lędźwiach”.

Nie brakowało również sposobów, aby mężczyznom zapewnić płodność. Wikimedia Commons.

Na oziębłość – smalec kozi

Afrodyzjaki miały wywołać lub spotęgować namiętność, a namiętność w epoce renesansu z reguły miała służyć wyłącznie szczęśliwemu i owocnemu pożyciu małżeńskiemu. Jeśli nie skutkowało to powiększeniem rodziny, wówczas uciekano się do metod z pogranicza ziołolecznictwa, medycyny ludowej i religii, by zaradzić niepłodności. Na początek strudzonym małżonkom radzono, jak zidentyfikować winowajcę małżeńskich problemów: wystarczyło oddać mocz na miksturę sporządzoną z pszenicy i otrąb. Jeśli mieszanka stawała się „zepsuta”, wiadomo było, kto odpowiada za brak potomstwa i można było rozpocząć „leczenie”.

Do sprawdzonych sposobów z zakresu medycyny ludowej należało stosowanie mieszanki króliczej krwi, owczego moczu, kobylego mleka i bylicy pospolitej. Niepłodna kobieta starała się także drogą magii sympatycznej pozyskać płodność od królicy, pijąc miksturę przyrządzoną ze sproszkowanej macicy tego zwierzęcia, podczas gdy oziębłe żony wcierały „smalec kozi” w części intymne. Gdy „pomocy” potrzebował mężczyzna, można było wykonać miksturę ze skrzydlatych mrówek i jąder przepiórki, olejku z kory i bursztynu, którą smarowano męskie części intymne bądź nakładano specjalną opaskę na lewe jądro. Zażywano także korzeń mandragory.

Przez całe stulecia utrzymywały się w angielskim społeczeństwie średniowieczne sposoby odwołujące się do wiary: modlitwa, pielgrzymka czy pokropienie wodą święconą. Trotula z Salerno zalecała mężczyźnie, by pijąc napój wzmagający płodność, recytował dziewięciokrotnie „Ojcze Nasz”. Sam napój nie był tutaj istotny, ważna była magiczna inkantacja i religijne błogosławieństwo. Co ciekawe, ta jedenastowieczna lekarka należała do nielicznej grupy medyków, którzy odważyli się obarczyć winą za niepłodność zarówno kobiety, jak i mężczyzn. Autor trzynastowiecznego traktatu Compendium Medicinae, Gilbertus Anglicus, zalecał interesującą mieszankę sposobów magicznych, religijnych i ziołolecznictwa, przy czym lekarstwo wymagało współpracy mężczyzny i kobiety. Sposobem na niezawodne zaradzenie niepłodności było wyrwanie najpierw dużego krzewu żywokostu, w ciągu trzech godzin wyrwanie kolejnego, mniejszego, i wytoczenie z nich soków, przy trzykrotnej recytacji modlitwy „Ojcze Nasz”, a następnie spisanie z użyciem owych soków modlitwy na papierze, który następnie zawieszano na szyi w trakcie stosunku. Chcąc począć córkę – modlitwę powinna założyć żona, gdy zaś para chciała mieć syna – wówczas powinien ją nosić mąż.

Grafika z dzieła Compendium Maleficarum. Wikimedia Commons.

Warto nadmienić, że Kościół ostro potępiał stosowanie praktyk magicznych, jak w przypadku małżeństwa o nazwisku Phipps z Oxfordshire, które w 1520 roku zostało oskarżone o bałwochwalstwo za postawienie obok małżeńskiego łoża pustej kołyski, by „wywołać” w ten sposób poczęcie. Do aprobowanych przez Kościół metod należały poproszenie księdza o udzielenie błogosławieństwa, a zwłaszcza o pobłogosławienie małżeńskiego łoża. Stosowano też powszechnie wodę święconą.

Niepłodne pary w czasach Tudorów bardzo często uciekały się do alchemii czy astrologii, gdyż sądzono, że korzystne położenie gwiazd jest pomocne zarówno w poczęciu, jak i w narodzinach. Jeśli tylko małżonków było stać na usługi alchemika, nie wahano się zgłosić po rady, jakich dat należy unikać oraz jakich rytuałów warto przestrzegać. Niektórzy udawali się po pomoc nawet do wiedźmy. W 1613 roku czarownica Mary Woods przyznała się, że podarowała hrabinie Essex proszek do noszenia na szyi w trakcie stosunku, aby ta mogła zajść w ciążę. Z kolei inna wiedźma, Edith Hooker z Hampshire, twierdziła, że potrafi sprawić, aby kobiety zaszły w ciążę sine virili semine, a więc bez udziału nasienia mężczyzny. Ludzie epoki renesansu byli przesądni i panicznie bali się czarów, ale pragnienie rodzicielstwa było najwyraźniej silniejsze. Byli w stanie postąpić wbrew własnemu sumieniu i narazić się na potępienie, jeśli wierzyli, że była to jedyna skuteczna metoda.

Bibliografia

Breverton, T., The Tudor Kitchen. What the Tudors ate & drank, Amberley 2015.

Getz, F. M., Healing and Society in Medieval England: A Middle English Translation of the Pharmaceutical Writings of Gilbertus Anglicus, University of Wisconsin Press, 1991.

Grendon, F., The Anglo-Saxon Charms, The Journal of American Folklore 22, no. 84/1909, s. 105–237.

Lemay, H., Women and the Literature of Obstetrics and Gynecology [w:] Medieval Women and the Sources of Medieval History, red. by Joel Thomas Rosenthal, University of Georgia Press, Athens, 1990.

Licence, A., W łożu z Tudorami, Wydawnictwo Astra, Kraków 2014.

Taberner, P.V., Aphrodisciacs. The Science and the myth, Croom Helm, London and Sydney 2001.

Thomas, K., Religion and the Decline of Magic. Studies in popular beliefs in sixteenth and seventeenth century England, Penguin Books, London 1991.